zwierzęta domowe

Jestem na urlopie, odpoczywam od niedźwiedzi

837761_original

Wziąłem urlop od niedźwiedzi i przeniosłem się do Briańskiego Lasu, w największy upał. W kamczacki chłód wrócę we wrześniu. Ale to dobrze, że jest upalnie, w tym roku trzeba przygotować siano dla siedmiu koni: nasza stajnia rozrosła się ponad dwukrotnie! Tak więc na razie brakuje czasu na pojawianie się w internecie :))

O Gaziku. Ale nie o tym, który jest teraz na Kamczatce

657610_original

Na początku lat 80., zaraz po ukończeniu studiów, zamieszkałem razem ze swoim ojcem w Briańskim Lesie, w opuszczonej leśniczówce na brzegu rzeczki Nierussa. O życiu w leśniczówce opowiadałem już trochę na swoim blogu. Obecnie próbuję napisać o tym książkę, ale bardzo powoli mi to idzie — teraźniejsze burzliwe życie w żaden sposób nie sprzyja oddawaniu się wspomnieniom :)) Oto fragmenty materiałów do przyszłej książki.

Mój ojciec zaczął pracować jako leśnik w Leśnictwie Pogoszczeńskim, a ja — jako nauczyciel w szkole w sąsiedniej leśnej osadzie Nowieńkoje. Kiedy rozpoczęliśmy remont na wpół zrujnowanej leśniczówki, szybko zrozumieliśmy, że bez środka transportu praca ta będzie się ciągnęła przez lata. Własnoręcznie taszczyliśmy z głębi lasu kłody i żerdzie. Każdy gwóźdź, który został wbity w dom, musiał najpierw przebyć piętnastokilometrową drogę w naszym plecaku. A oprócz tego trzeba było nosić także jedzenie, w końcu przez pierwszy rok nie mieliśmy ani ogrodu, ani gospodarstwa.

Zaczęliśmy marzyć o koniu. W leśnictwie było kilka pracujących koni, ale one były codziennie zajęte. Leśniczy z uśmieszkiem zaproponował nam Mustanga — pięcioletniego porywczego wałacha, którego nikt nie chciał. Wszyscy czekali na jesień, żeby się go pozbyć i przerobić na kiełbasę. Koń miał paskudną reputację: odmawiał wszelkich prac. Wiosną byłem świadkiem, jak pięciu mężczyzn, z trudem utrzymując konia, założyło mu chomąto i zaprzęgło do pługa. Ale jak tylko zaczęli orać ziemię, koń wyrwał się i pomknął galopem z podrygującym za nim pługiem. Zwierzę przeskakiwało przez płoty, niszcząc je ciężkim pługiem. W końcu postronki się urwały, koń zrzucił przez głowę chomąto i uciekł z poranionym do krwi pyskiem.

Przyczyną takiego zachowania zwierzęcia były zupełnie nieumiejętne, brutalne próby zmuszenia go od razu do pracy. Po tym wydarzeniu koń nie pozwalał nikomu zbliżać się do siebie na odległość mniejszą niż pięć kroków. Postanowiliśmy z ojcem, że spróbujemy konia czegoś nauczyć. Złapaliśmy go na arkan i przywiązaliśmy w opuszczonej stajni. Przez kilka dni zwierzę otrzymywało wszystko, co niezbędne do życia, tylko z moich rąk albo z rąk mojego ojca. Próbowaliśmy też głaskać konia. Najpierw nerwowo drżał przy dotyku ludzkiej ręki, ale głaskaniu zawsze towarzyszyło karmienie chlebem i wkrótce zwierzę zaczęło się cieszyć na nasz widok.

Zaprowadzenie konia do naszej leśniczówki było niemałym wydarzeniem. Z początku poszedł prowadzony za uzdę przez mojego ojca, ale w chwili kiedy opuścili okolice osady Nowieńkoje, koń stanął jak wryty. Aby nie nadszarpnąć zdobytego u konia zaufania, ojciec, zamiast ciągnąć zwierzę, postanowił postać razem z nim przez kilka godzin. Po skończeniu zajęć w szkole zmieniłem ojca, też postałem sobie z koniem przez kilka godzin. Kiedy koń zrozumiał, że jesteśmy w stanie znieść cierpliwie wszelkie jego podstępy, ruszył: najpierw za kawałeczkami chleba, potem już z własnej woli.

Codziennym głaskaniem nauczyliśmy konia nie stawiać oporu przy zakładaniu uzdy, chomąta i siodła. Dalej karmiliśmy go tylko z ręki, a on radośnie rżał, kiedy się zjawialiśmy. Kiedy zaprzęgliśmy go do wozu, podskakiwał, ale nie gwałtownie, lecz jakby z przyzwyczajenia. I jeszcze w ten sam dzień zaczął wozić żerdzie z lasu. Chodzenia pod siodłem też go uczyliśmy stopniowo: najpierw woził z osady Jamnoje i Nowieńkoje chleb w przytroczonej torbie, potem ciężkie materiały budowlane z osady Nowieńkoje, a potem, co mnie całkowicie zaskoczyło, ojciec wrócił z osady Nowieńkoje wierzchem. Tego dnia nadaliśmy zwierzęciu nowe imię: dzikiego Mustanga zastąpił  pracuś Gazik. W ten sposób zyskaliśmy wspaniałego konia i przyjaciela.

Gazik ma stosunkowo rzadkie umaszczenie: myszate — taką maść mieli wymarli przodkowie koni domowych — tarpany. Jakaś cząstka krwi tarpanów płynie w żyłach Gazika: lubi zimą kopać w śniegu, wydobywając zeszłoroczną trawę, przy czym robi to także wtedy, kiedy w paśniku ma świeżutkie siano.

Gazik jest bardziej uniwersalny i bardziej niezawodny niż jego imiennik samochód. Gazik orze, bronuje, okopuje, grabi siano, taszczy kopy, wozi ciężary w furmance, w saniach, w jukach, nosi nas w siodle. Możliwości pokonywania terenu są u niego znacznie większe niż u legendarnego rosyjskiego terenowego „gazika”, nawet większe niż u ciągnika gąsienicowego. A do tego Gazik nie produkuje spalin i nie hałasuje. Co prawda, kiedy jedzie się w saniach albo bryczką, to rura wydechowa konia znajduje się tuż pod nosem kierującego i pasażerów, jednakże nie wydostają się z niej ani tlenki ołowiu, ani krople oleju silnikowego. Do poruszania się po lesie koń nie potrzebuje nawet ścieżki. Po przejechaniu traktorem przez wilgotną łąkę albo bagno zostają koleiny na długie lata, a tam, gdzie przejechał wóz konny, po godzinie podnosi się trawa i ślad znika.

Zimą 1984/85 i 1986/87 r. śnieg był tak głęboki, że grzęzły w nim nawet ciągniki gąsienicowe. Gdyby nie Gazik, to łączność ze światem zapewniałyby nam jedynie narty. Jeździłem konno nie tylko do pracy, ale także w dowolny zakątek lasu. W szczególnie silne mrozy jeździłem bez siodła: siadałem bezpośrednio na ciepłym grzbiecie konia i czułem się jak bohater rosyjskich baśni Iwanuszka Duraczok na samobieżnym piecu.

Gazik nie boi się wchodzić do wody, skacze przez rowy i powalone drzewa, nie ucieka przed dzikami i łosiami i — co najważniejsze — w najgorszych warunkach pogodowych i w ciemności bezbłędnie znajduje drogę do domu. I co jeszcze istotne: kiedy siedzi się w siodle, widzi się znacznie dalej, niż kiedy idzie się pieszo, ponieważ ma się głowę o cały metr wyżej; jest to szczególnie ważne przy pokonywaniu zarośli pokrzywy lub trzciny…

657054_originalZwozimy siano.

656644_originalJa, Gazik i kurka Riaba (Pstrokatka).

Oto co się wyprawia u nas na wsi…

505885_original

Właśnie uwieczniłem prosto z okna taką scenę. Knur goni moją ukochaną psinkę, która próbowała przepędzić go z naszej działki. Nie udało się jej, biedulce. Żebranie w kuchni jest łatwiejsze…

Miesiąc temu ów dzik zaczął plądrować na podwórzu karmniki dla ptaków. Mieszankę ziaren zbóż i słonecznika sypię ptakom w dużej ilości, w tym także na ziemię. Najpierw dzik przychodził nocą, a teraz zaczął się pojawiać również w południe. Zadowolony, że go fotografują! :)

Moi emeryci

504939_original

Kiedy wiele lat temu zamieszkałem w Briańskim Lesie w opuszczonej leśniczówce, pierwsze co zrobiłem, to sprawiłem sobie konia Gazika. Był wówczas dla mnie jedynym środkiem transportu na leśnych, błotnistych bezdrożach. Służył mi prawie codziennie: latem jeździłem na nim wierzchem, a zimą zaprzęgałem do sań. Później przeprowadziłem się na drugą stronę rzeki, do wsi Czuchraje (ros. Чухраи), do której można się było dostać przez większą część roku jedynie traktorem gąsienicowym lub ciężarówką GAZ-66. W tamtym okresie konie nadal zapewniały naszej rodzinie kontakt ze światem.

A na zdjęciu, które dziś zamieszczam, są moje obecne konie. Po prawej stoi moja ulubienica — staruszka Aza. W młodości była maści siwej jabłkowitej, a z wiekiem zupełnie wybielała. Ma już dwadzieścia sześć lat… Zadziwia poczuciem odpowiedzialności za jeźdźca. To mój jedyny wierzchowiec, z którego ani razu nie spadłem i który też ani razu nie upadł pode mną. Wszyscy moi synowie uczyli się jeździć konno właśnie na Azie, a najmłodsi synowie zaczęli jeździć na niej, zanim nauczyli się chodzić. Razem z Azą schwytaliśmy w Briańskim Lesie niemało kłusowników, nawet tych zmotoryzowanych.

Dwa czarne konie „przypisane” są do mojej żony. Pośrodku stoi Orlik. Kupiłem go w regionie Zadiesienje (ros. Задесенье). Przez pierwszy rok życia stale uciekał do swoich klaczy, żyjących w półdzikim tabunie, w którym wyrósł. Potem u Orlika i Azy pojawiła się córka Zorka — na zdjęciu po lewej, z białą gwiazdką na czole. Krnąbrna i zuchwała — przejęła cechy właścicielki :) Natomiast Orlik w końcu przestał uciekać, poczuł, że wieś Czuchraje jest jego domem.

Niestety, przyszły czasy, że do mojej wsi można dojechać samochodem, i konie straciły pracę. Do tego jeszcze dopadła mnie kamczacka choroba i zaczęły się ekspedycje, które czasami ciągną się przez cały rok. Szkoda, że nie można zabrać koni na Kamczatkę, tam byłyby bardziej potrzebne… A tutaj żyją bez zajęcia, jedne na zasłużonej, drugie na niezasłużonej emeryturze. Przygotowuję się obecnie do kolejnego wyjazdu i głowę zaprząta mi myśl: moja wieś niemal zupełnie się wyludniła, nie ma nikogo, kto mógłby doglądać emerytów…

Rezerwat na moim biurku: niedźwiedź, kotka i myszka

476431_original

Tak wygląda ostatnio moje życie: albo siedzę w biurze przed komputerem, albo w samochodzie za kierownicą… Niby mieszkam w lesie, ale w tym roku jeszcze nie udało mi się po lesie pochodzić. Dzisiejszy dzień też spędzam za biurkiem, postanowiłem jednak wziąć do rąk aparat, ażeby całkowicie nie zapomnieć, gdzie jaki guziczek się znajduje. I za jednym razem sfotografowałem niedźwiedzia, kotka i myszkę! Nie odrywając się od pracy nad prezentacją dla moskiewskich czytelników :)

Życie kotki Ryśki, pełniącej teraz obowiązki mojej sekretarki, nie upłynęło jedynie w biurze. Być może nie wszyscy czytelnicy wiedzą, że Ryśka to doświadczona mieszkanka tajgi.

Najlepszy prezent 2012 roku

471652_original

Przez kilka lat nie mieliśmy psa. Nie chcieliśmy brać sobie nowego po śmierci odważnego i mądrego jamnika Kisy. Latem zeszłego roku moja żona zobaczyła na stronie moskiewskiego schroniska dla psów fotografię tego wspaniałego stworzenia. Można tylko zgadywać, dlaczego poprzedni właściciel zostawił psa przywiązanego do ogrodzenia schroniska z karteczką: „Nika, 2 lata”. Wzięliśmy Nikę ze schroniska. Od razu po przyjeździe na wieś suka wskoczyła do jeziora i pływała aż do zmroku ze szczęśliwym wyrazem pyska. Kiedy dzieci się kąpały, Nika pływała obok nich, ale kiedy tylko zaczynały nurkować albo bić po wodzie rękoma, płynęła im na pomoc. Nie wiemy, czy uczono ją ratowania ludzi, czy jest to jej cecha wrodzona — w każdym razie suka wyraźnie opiekuje się ludźmi znajdującymi się w wodzie. I nie tylko w wodzie. Nika uczestniczy we wszystkich zabawach, awanturach i zajęciach dzieci (oprócz tych na komputerze :)), przy czym nigdy przez te pół roku nikogo nie ugryzła, ani nie podrapała, choć niektórzy zasługiwali na to.

Nika to wirtuoz współżycia ze wszystkimi członkami rodziny. Wspaniale dogaduje się z końmi, kozą, kogutem, domowymi szczurami. Tylko nie z Ryśką. Kocica nie nawykła do mieszkania z psem i teraz codziennie demonstruje Nice swoje niezadowolenie, zmuszając ją do pełnego poczucia winy merdania ogonem. Ale w ostatnim czasie nawet Ryśka zrobiła się bardziej tolerancyjna i jest nadzieja, że zaprzyjaźni się z Niką.

471889_original