Ryśka

Rezerwat na moim biurku: niedźwiedź, kotka i myszka

476431_original

Tak wygląda ostatnio moje życie: albo siedzę w biurze przed komputerem, albo w samochodzie za kierownicą… Niby mieszkam w lesie, ale w tym roku jeszcze nie udało mi się po lesie pochodzić. Dzisiejszy dzień też spędzam za biurkiem, postanowiłem jednak wziąć do rąk aparat, ażeby całkowicie nie zapomnieć, gdzie jaki guziczek się znajduje. I za jednym razem sfotografowałem niedźwiedzia, kotka i myszkę! Nie odrywając się od pracy nad prezentacją dla moskiewskich czytelników :)

Życie kotki Ryśki, pełniącej teraz obowiązki mojej sekretarki, nie upłynęło jedynie w biurze. Być może nie wszyscy czytelnicy wiedzą, że Ryśka to doświadczona mieszkanka tajgi.

Liza i Lizowin znad rzeczki Tichaja

000ka9a1

Dziś minął czwarty miesiąc, od kiedy żyję na krańcu świata — w Rezerwacie Kronockim. To moje drugie długie zimowanie w rezerwacie. Zimą 2007/2008 roku przez prawie sześć miesięcy mieszkałem w chatce nad rzeką Tichaja (ros. Тихая; ‘cicha, spokojna’). Różni się ona od pozostałych rzek w rezerwacie i w pełni zasługuje na swoją nazwę: wypływa z jeziora Kluczewoje (ros. Ключевое) u podnóża wulkanu Kichpinycz (ros. Кихпиныч) i na całej swojej długości wije się spokojnie przez płaską nadmorską tundrę. Przypomina mi bardzo moją rodzimą rzekę Nierussę (ros. Нерусса) na Briańszczyźnie: takie same wierzby i olchy na brzegach, takie same starorzecza porośnięte oczeretami i grążelami. Różni ją tylko jedno: masywy wulkanów górujące nad koronami drzew i krzewów.

Zamieszkałem w dolnym biegu rzeki Tichaja, w domku stojącym na przylądku Mys Driewnich Stojanok (ros. Мыс Древних Стоянок), w skrócie MDS — tak nazywał to miejsce wybitny znawca przyrody, autor książki „Niedźwiedź brunatny Kamczatki”, pracownik naszego rezerwatu Witalij Nikołajenko, który zamieszkał tu kilkadziesiąt lat temu. W pobliżu tego miejsca Witalij został zabity przez niedźwiedzia. Na krańcu przylądka, niedaleko domku zbudowanego przez Witalija, wznosi się teraz pomnik poświęcony temu przyrodnikowi…

000kbhbe

Jesienią gruntownie wyremontowałem i ociepliłem butwiejącą chatkę, przygotowałem drewno na opał. Była wtedy ze mną kotka Ryśka, o której opowiadałem już kiedyś na blogu. Internetu wówczas nie miałem, dlatego miałem czas i na codzienne sprawy, i na dalekie kilkudniowe wyprawy, i na obrabianie zdjęć.

Jeszcze jesienią, pierwszego dnia mojego pobytu, przyszła do mnie lisica. Mokra, wynędzniała… W pysku trzymała spory kawałek stęchłego łososia. Lisica położyła go przede mną na ścieżce i zaczęła żałośnie wpatrywać się w moje oczy, jak gdyby proponując wymianę. Poczułem, jak mięknie mi serce… Niedobrze jest karmić zwierzęta w rezerwacie, ale lis to nie niedźwiedź, dlatego zgrzeszyłem: rzuciłem lisicy cukierka, podziękowawszy za łososia. Lisica z chęcią zjadła cukierka (jak widać, smak cukierka był jej znany), wzięła łososia i zniknęła z nim w trawie. Tego samego wieczoru lisica przyprowadziła pod moją chatkę swojego lisa. Zwierzęta niewątpliwie liczyły na to, że dostaną co najmniej po jednym cukierku. Ale spotkały się z Ryśką… Takiego zwierza nie znały, a Ryśka zdążyła już poczuć się gospodynią tej wspaniałej, obfitującej w ryjówki i norniki siedziby.

000kdhwk

Lisy awanturują się o prawo do stania na parapecie mojej kuchni i rozkoszowania się zapachem jajecznicy na słonince.

000kckyf

Ryśka natomiast uważała, że lisy w ogóle nie mają prawa, aby wąchać jajecznicę gospodarza. Z pełnym przekonaniem co do słuszności swoich poglądów kocica tak przegoniła lisy, że te przez następny miesiąc nie zbliżały się do domku, bojąc się jej. Ale ze mną nadal podtrzymywały znajomość, tyle że z dala od chatki.

Sąsiedzi powinni mieć jakieś imię, więc nazwałem lisią parkę Lizą i Lizowinem (lisa to po rosyjsku ‘lis’, a lisowin — ‘samiec lisa’).

Grudniowe mrozy zagnały Ryśkę do chatki. Lisy zaczęły podchodzić coraz bliżej domku. Ale jeśli kotka zobaczyła przez okno, że lisy podeszły na odległość mniejszą niż 40-50 metrów, zaczynała szaleć, domagając się wypuszczenia jej na zewnątrz. Jednak nie zawsze ją wypuszczałem, chroniłem lisy przed kocią tyranią. I z pewnością niesłusznie… W nocy zaczęły znikać drobne, nieopatrznie zostawione rzeczy: śrubokręt, kora brzozowa i szczapki na rozpałkę. Początkowo nie zorientowałem się, co się z nimi stało.

28 grudnia zaleciał do mnie na pół minuty śmigłowiec, z którego zrzucono pudła z zaopatrzeniem, po czym maszyna z powrotem wzbiła się w powietrze. Lisy najwidoczniej dobrze wiedziały, co oznacza lądowanie śmigłowca, i pięć minut później były już pod domkiem. Znosiłem pudła do sieni, a lisy obserwowały mnie, licząc na jakieś datki. Na ostatnim pudle rozpoznałem charakter pisma mojej Ukochanej. Usiadłem na śniegu, otworzyłem pudło. Na górze, obok pęta kiełbasy suszonej i drogiego sera żółtego, leżał długo wyczekiwany list. Zapomniawszy o bożym świecie, pogrążyłem się w lekturze… Kątem oka zobaczyłem, że Lizowin, wyprężywszy się jak struna, próbuje sięgnąć mordą do pudła. Pomyślałem jednak: a dokądże on z taką wielką kiełbasą przez śnieg ucieknie. Lizowin jednym susem doskoczył do kiełbasy, chwycił w zęby i wywlekł z pudła. Schowałem niedoczytany list do kieszeni i pognałem za lisem, zapadając się w zaspach. Lis rzucił kiełbasę na śnieg, schwycił ją pośrodku i zadzierając wysoko łeb, podreptał po szreni! W ogóle się nie zapadał! Biegłem za nim przez około dwieście metrów, dopóki nie zniknął między poskręcanymi brzozami. Spocony i zdyszany wróciłem na lądowisko, do mojego tak nieopatrznie pozostawionego pudła. Liza zdążyła już wynieść z niego świąteczny wykwintny ser. Szlachetne zwierzęta pozostawiły mi jedynie butelkę szampana i koniaku. To był niezapomniany Nowy Rok!

Dopiero w tym roku, po tym jak lisy zabrały mi GPS z bezcennymi danymi, zdałem sobie sprawę, że Liza i Lizowin byli drobnymi złodziejaszkami. Jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie straciłem tamtego sezonu, był topowy model czołówki Petzl, bezmyślnie zostawionej na stosie drewna na opał. Wiosną w odległości pół kilometra od domu znalazłem jedynie gumkę od czołówki.

To, co kradzione, smakowało lisom bardziej. Nawet woda… Kiedy spadło półtora metra śniegu, zacząłem wozić wodę z rzeki skuterem śnieżnym. Brałem ze sobą pięć baniek, napełniałem je wodą w rzece i wiozłem powoli na saniach, żeby nie rozchlapać wody (bańki nie miały pokrywek). A lisy już czekały na ganku. W czasie gdy niosłem do domu jedną bańkę, lisy chłeptały wodę z pozostałych pojemników! Złodziejaszki! Rzekę macie pod nosem, sto razy w ciągu dnia tam biegacie! Tam sobie pijcie do woli! Ale woda niczyja nie jest tak smaczna.

000ke3yp

Lisy bardzo lubiły skuter śnieżny, zawsze przybiegały mu na spotkanie, kiedy wracałem z patrolu po 2-3 dniach nieobecności. Liza lubiła wypoczywać na miękkim siedzeniu skutera, a Lizowin — leżeć zwinięty w kłębek na saniach. Być może sympatia lisów do skutera spowodowana była tym, że zawsze stawiałem go z tej strony domku, z której Ryśka nie mogła obserwować, co się dzieje na zewnątrz.

Szybko nauczyłem się wykorzystywać lisy w roli psów myśliwskich czy też stróżujących. Lisy z daleka wyczuwały nadchodzące wzdłuż rzeki zwierzęta, przybierały czujną postawę, patrząc we właściwą stronę. Miałem w związku z tym więcej czasu, żeby przygotować się do fotografowania. Dzięki Lizie i Lizowinowi zrobiłem wiele zdjęć niedźwiedzi, rosomaków i innych lisów.

000kf7c4

Ale lisy nie byłyby lisami, gdyby nie próbowały przeszkadzać w robieniu zdjęć. Na zdjęciu powyżej: Liza próbuje wypatrzeć przez sterczący z czatowni obiektyw, czy jest ktoś w środku. Później, kiedy się już upewniła, że nie ma mnie w czatowni… Patrz: następne zdjęcie:

000kg06s

000kh5xg

Nie myślcie, że Lizowin uczciwie patrzy mi prosto w oczy. W istocie obmyśla on, jak tu zwędzić mojego Nikona D3, zostawionego przeze mnie na śniegu. Uwieczniłem ten moment z okna swojej chatki za pomocą pilota do zdalnego wyzwalania.

Mating games ðà÷íûå èãðû ïàðû ëèñ.

Harce godowe Lizy i Lizowina. Opowiem o nich szczegółowo wiosną, we właściwej porze roku.

W tym roku też mieszkam w sąsiedztwie lisów: Kazika i Kazikowej. Ta parka ogołoci mnie do szczętu, pozować do zdjęć jednak nie raczy. I Ryśki brakuje, nie ma mnie kto obronić :(

W oczekiwaniu na bociany…

Chimney roost

W jakimkolwiek zakątku Briańskiego Lasu bym mieszkał, zawsze zapraszam do siebie w gości bociany białe. Nie jest to trudne, gdyż ptakom tym nieustannie brakuje bezpiecznych i dogodnych miejsc do budowy gniazd. Wystarczy zamontować na wysokim drzewie lub słupie platformę gniazdową. Wcześniej do tego celu używano niezdatnych kół od wozu lub starych bron. Teraz trzeba zbijać drewnianą ramę. Na ramie należy zamocować za pomocą sznura kilka gałęzi, natomiast brzegi konstrukcji dobrze jest spryskać białą farbą lub wapnem, imitując w ten sposób ślady bocianich odchodów.

Parę lat temu przytaszczyłem z leśnej poręby suche drzewo sękowate, zamontowałem na jego szczycie platformę gniazdową, postawiłem pionowo za pomocą wyciągu i wkopałem w ziemię w odległości paru kroków od mojego domu, w leśnej wsi Czuchraje (ros. Чухраи), sąsiadującej z Rezerwatem „Briański Las”. Gniazdo przypadło bocianom do gustu, dzięki czemu zyskałem wspaniałych sąsiadów, których teraz bez ustanku obserwuję.

Po najmroźniejszej w moim życiu zimie Briański Las zalała fala wiosennego ciepła. Na skraju lasu pojawiły się pierwsze przetainy. Codziennie przybywa nowych gatunków ptaków: weselą się szpaki i skowronki, wiercą się pliszki i pleszki, widziałem nawet przelatujące czaple i czajki. Ale najbardziej wyczekuję chwili, kiedy w gnieździe obok mojego domu zaklekoczą dziobami moi sąsiedzi-bociany. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, czytelnicy mojego blogu będą mogli na bieżąco śledzić losy bocianiej rodziny. A na razie zamieszczam parę wiosenno-bocianich zdjęć z ubiegłych lat.

Fortifying the nestPlacing manure in nest Whote storks nuzzling nosesStork loveStork on eggs

Aktualizacja: Około siódmej wieczorem, w gęstniejącym mroku, wyszedłem na drogę i aż krzyknąłem z wrażenia: siedem bocianów brodziło po odtajałym brzegu jeziora w poszukiwaniu jedzenia. Ptaki są tu najwyraźniej przelotem — głodne, nie zwracają uwagi na puste gniazdo. Sto metrów dalej na wygonie pasą się żurawie, a nieopodal nich ryją w przetainach dziki. Istne briańskie Serengeti! Poszedłem po aparat i zrobiłem parę niewymyślnych zdjęć bocianów — udało się sfotografować tylko sześć osobników. Całe zdarzenie uważnie obserwowała Ryśka — główna bohaterka poprzedniego postu. Sfotografowałem więc i sławną Ryśkę.

00024st700025z75

O kotach…

0001ps60

Trójkolorową Ryśkę dostaliśmy od przyjaciół z Kamczatki. Złożyło się tak, że ja wyjeżdżałem na pięć miesięcy na zimowanie do Rezerwatu Kronockiego, a moja żona z dziećmi — do Ameryki, do swoich rodziców. Nie było z kim zostawić Ryśki i w rezultacie kotka, zapakowana w kartonowe pudło, poleciała ze mną helikopterem do oddalonego o 150 km od Pietropawłowska rezerwatu. W drugim pudle znajdował się jej osobisty bagaż: zapasy kociego jedzenia na pół roku.

Nasz domek, a ściślej mówiąc letnia szopa z desek, zbudowany niegdyś przez znakomitego przyrodnika Witalija Nikołajenko, położony był na porośniętym brzozami Ermana morskim przylądku, który wnikał w głąb tundry. Nieopodal płynęła rzeka Tichaja, obfita w ryby, a kilometr dalej, za tundrą, szumiał Ocean Spokojny. W słoneczną pogodę można było podziwiać z przylądka ośnieżone szczyty czterech wulkanów: Kronockiej Sopki, Wulkanu Kraszeninnikowa oraz wulkanów Kichpinycz (ros. Кихпиныч) i Bolszoj Siemiaczik (ros. Большой Семячик). Ociepliłem chatkę wełną mineralną, położyłem boazerię, wymieniłem pokrycie dachowe, zamontowałem piecyk żeliwny, postawiłem komin — jednym słowem: przekształciłem chatkę  w luksusową chatę. Narąbałem drew, przerobiłem zgrzybiały most nad niezamarzającym potokiem. A przez ten czas kotka zdążyła wytrzebić wszystkie polniki i ryjówki mieszkające w piwnicy.

Ryśka miała zwyczaj budzenia mnie na godzinę przed wschodem słońca. Każdego pogodnego ranka jako pierwsi w Rosji witaliśmy wschód słońca nad oceanem. Paliłem w piecyku, zaparzałem kawę i przez pierwszy miesiąc smażyłem jajecznicę na słoninie; a później, kiedy skończyły się jajka, smażyłem racuchy. Zapach słoniny był jak narkotyk dla mieszkających w rezerwacie lisów, nieznających od kilkudziesięciu pokoleń zagrożenia ze strony człowieka. Każdego ranka przychodziły pod chatkę, żeby rozkoszować się smakowitym zapachem. Nawet walczyły o jak najbliższe miejsce przy okienku, ażeby nie tylko wąchać, ale i widzieć słoninkę!

0001qbgc

A tu Ryśka pokazała swój charakterek. Sama, rozpuszczona wszelkimi kocimi karmami, nie jadła ani słoniny, ani konserw, ani upolowanych przez siebie polników i ryjówek — każdą swoją zdobycz, co do ostatniego ogonka, z dumą przynosiła mi w ramach codziennego raportu. Ale żeby lisy wąchały słoninę gospodarza!!! Takiego zuchwalstwa i braku zasad nie mogła im darować!

Œîß êîøêà ûñüêà ðåâíîñòíî îõðàíßåò èçáóøêó îò ëèñ.0001sr2r0001t2rr

W promieniu pięćdziesięciu metrów od domku Ryśka niczym lwica rzucała się na lisy! Zdarzyło się, że przestraszoną Patrikijewnę zagnała na pochyłe drzewo. Próbowała atakować nawet przechodzące niedźwiedzie.

Zacząłem fotografować Ryśkę walczącą z lisami jako pamiątkę do albumu rodzinnego. Po powrocie z Nowego Świata moja żona wysłała jedno z takich zdjęć na odbywający się w Londynie prestiżowy konkurs „Wildlife Photographer of the Year”. Wygrana w tym konkursie to dla każdego fotografa dzikiej przyrody szczyt kariery. A moje zdjęcie zwyciężyło w kategorii „Urban and Garden Wildlife”…

0001kgfw

To moje drugie zwycięstwo w tej kategorii. Pierwsze było trzy lata temu — też miało to być zdjęcie do albumu rodzinnego! Ale o tym opowiem oddzielnie. Cóż za ironia: robię zdjęcia w jednym z najdzikszych miejsc planety, a zwyciężam w kategorii „dzika przyroda w mieście i ogrodzie”. Niemniej jednak: dziękuję ci, Ryśko! Szacun!

Teraz Ryśka mieszka z nami w Briańskim Lesie. I nadal codziennie budzi mnie na godzinę przed wschodem słońca, chociaż byłbym rad, gdyby zrobiła parę wyjątków. Jedynie lisów tutaj nie za wiele i do tego jakieś strachliwe…

Odbiegnę nieco od tematu. Fotografowie są na ogół słabymi sędziami swoich prac. Dla nas droższe są te, o których długo się marzyło, które wymagały większego wysiłku. Nigdy sam nie wybierałem zdjęć do konkursów, zawsze zajmowała się tym moja żona Laura. Przy czym z reguły zawsze bez powodzenia protestowałem przeciwko jej wyborowi, zawsze wydawał mi się dziwnym. Ale trzeba przyznać, że wybrane przez nią fotografie zawsze zajmowały pierwsze miejsca w jakichś kategoriach — żadnego pudła! Jednak na ostatni konkurs „Золотая черепаха” („Złoty Żółw”) sam wybierałem zdjęcia, gdyż żona była zbyt zajęta. Sześć z dwudziestu siedmiu fotografii znalazło się w finale, jedna została wyróżniona, ale żadnego pierwszego miejsca! I to wcale nie zmowa sędziów! Wysłałem na konkurs najdroższe mi zdjęcia: przy robieniu jednego odmroziłem sobie palec; żeby zrobić drugie, przesiedziałem cały dzień na rzecznej mierzei; żeby uwiecznić tulipana w Rezerwacie Rostowskim, porzuciłem Kamczatkę i przeleciałem niemal pół kuli ziemskiej. Ale sędziowie nie odmrażali sobie palców, nie musieli odpędzać się od niedźwiedzi, nie zimowali przez pięć miesięcy w luksusowej chacie, gdzie nocą zamarzała woda w czajniku! Sędziowie nie byli związani uczuciową pępowiną z moimi zdjęciami…

W Londynie, na ceremonii wręczenia nagród „Wildlife Photographer of the Year”, udało mi się spotkać z paroma sędziami. Okazało się, że wszyscy mają kota w domu!