konie

Daurskie panoramy

896592_original

Dauria, daurskie stepy… Styk współczesnych granic Rosji, Chin i Mongolii. Kilkaset lat temu żył tu naród Daurów. Naród wywędrował w głąb Mandżurii, a nazwa pozostała. Rosjanom słowo Dauria jest dobrze znane za sprawą kultowego filmu o takim tytule. Mnie przyciągnął tutaj Rezerwat Daurski, ale o nim opowiem nieco później. A na razie prezentuję panoramy tej prastarej ziemi.

898329_originalNa stepowych wzniesieniach, bliżej nieba, znajdują się obo — miejsca kultu religijnego tutejszych Buriatów.

896860_originalHodowla zwierząt na stepie. Tak jak i setki lat temu podstawą lokalnej gospodarki jest chów zwierząt na mięso.

898048_originalDauria to jedno z niewielu miejsc w Rosji, gdzie można zobaczyć liczne stada wielbłądów. Miejscowi Buriaci twierdzą, że dobry gospodarz powinien hodować co najmniej pięć różnych ras bydła. To bardzo ekologiczny obyczaj, ponieważ różne zwierzęta różnie oddziałują na roślinność stepów.

898733_originalUdomowione wielbłądy i dzikie dżerenie żyją zgodnie obok siebie.

897031_originalUpalne, przedburzowe południe. Tabun koni odpoczywa w białawo-mlecznej wodzie słonego jeziora Zun-Toriej.

897501_original

897565_originalSuchy deszcz. Krople deszczu wyparowują, nie zdążywszy dolecieć do ziemi.

897989_originalStepowe drogi.

Jestem na urlopie, odpoczywam od niedźwiedzi

837761_original

Wziąłem urlop od niedźwiedzi i przeniosłem się do Briańskiego Lasu, w największy upał. W kamczacki chłód wrócę we wrześniu. Ale to dobrze, że jest upalnie, w tym roku trzeba przygotować siano dla siedmiu koni: nasza stajnia rozrosła się ponad dwukrotnie! Tak więc na razie brakuje czasu na pojawianie się w internecie :))

U ujścia rzeki Kambalnej

772884_original

Zacznę opowiadać co nieco o tutejszych okolicach. Oto Zatoka Kambalna Morza Ochockiego. Przyjeżdżam tu skuterem śnieżnym po drewno. Wiatr wywiewa z widocznych na zdjęciu nadmorskich wydm warstwę śniegu, odsłaniając suchą roślinność. Dzięki tym odsłoniętym miejscom nad ujściem rzeki Kambalnej, w jednym z najbardziej śnieżnych miejsc Rosji, od lat istnieje niewielka populacja zdziczałych koni. Obecnie liczy ona siedem osobników, łącznie z zeszłorocznym źrebakiem. Konie nie pozwalają mi się zbliżać na odległość mniejszą niż 300-500 metrów. Ogier od razu odwodzi swój tabun jak najdalej. Ja sam staram się trzymać z daleka, nie niepokoić bez potrzeby stada. Konie nie wyglądają na wygłodzone. Postaram się czegoś więcej o nich dowiedzieć i opowiedzieć wam.

773145_original

O Gaziku. Ale nie o tym, który jest teraz na Kamczatce

657610_original

Na początku lat 80., zaraz po ukończeniu studiów, zamieszkałem razem ze swoim ojcem w Briańskim Lesie, w opuszczonej leśniczówce na brzegu rzeczki Nierussa. O życiu w leśniczówce opowiadałem już trochę na swoim blogu. Obecnie próbuję napisać o tym książkę, ale bardzo powoli mi to idzie — teraźniejsze burzliwe życie w żaden sposób nie sprzyja oddawaniu się wspomnieniom :)) Oto fragmenty materiałów do przyszłej książki.

Mój ojciec zaczął pracować jako leśnik w Leśnictwie Pogoszczeńskim, a ja — jako nauczyciel w szkole w sąsiedniej leśnej osadzie Nowieńkoje. Kiedy rozpoczęliśmy remont na wpół zrujnowanej leśniczówki, szybko zrozumieliśmy, że bez środka transportu praca ta będzie się ciągnęła przez lata. Własnoręcznie taszczyliśmy z głębi lasu kłody i żerdzie. Każdy gwóźdź, który został wbity w dom, musiał najpierw przebyć piętnastokilometrową drogę w naszym plecaku. A oprócz tego trzeba było nosić także jedzenie, w końcu przez pierwszy rok nie mieliśmy ani ogrodu, ani gospodarstwa.

Zaczęliśmy marzyć o koniu. W leśnictwie było kilka pracujących koni, ale one były codziennie zajęte. Leśniczy z uśmieszkiem zaproponował nam Mustanga — pięcioletniego porywczego wałacha, którego nikt nie chciał. Wszyscy czekali na jesień, żeby się go pozbyć i przerobić na kiełbasę. Koń miał paskudną reputację: odmawiał wszelkich prac. Wiosną byłem świadkiem, jak pięciu mężczyzn, z trudem utrzymując konia, założyło mu chomąto i zaprzęgło do pługa. Ale jak tylko zaczęli orać ziemię, koń wyrwał się i pomknął galopem z podrygującym za nim pługiem. Zwierzę przeskakiwało przez płoty, niszcząc je ciężkim pługiem. W końcu postronki się urwały, koń zrzucił przez głowę chomąto i uciekł z poranionym do krwi pyskiem.

Przyczyną takiego zachowania zwierzęcia były zupełnie nieumiejętne, brutalne próby zmuszenia go od razu do pracy. Po tym wydarzeniu koń nie pozwalał nikomu zbliżać się do siebie na odległość mniejszą niż pięć kroków. Postanowiliśmy z ojcem, że spróbujemy konia czegoś nauczyć. Złapaliśmy go na arkan i przywiązaliśmy w opuszczonej stajni. Przez kilka dni zwierzę otrzymywało wszystko, co niezbędne do życia, tylko z moich rąk albo z rąk mojego ojca. Próbowaliśmy też głaskać konia. Najpierw nerwowo drżał przy dotyku ludzkiej ręki, ale głaskaniu zawsze towarzyszyło karmienie chlebem i wkrótce zwierzę zaczęło się cieszyć na nasz widok.

Zaprowadzenie konia do naszej leśniczówki było niemałym wydarzeniem. Z początku poszedł prowadzony za uzdę przez mojego ojca, ale w chwili kiedy opuścili okolice osady Nowieńkoje, koń stanął jak wryty. Aby nie nadszarpnąć zdobytego u konia zaufania, ojciec, zamiast ciągnąć zwierzę, postanowił postać razem z nim przez kilka godzin. Po skończeniu zajęć w szkole zmieniłem ojca, też postałem sobie z koniem przez kilka godzin. Kiedy koń zrozumiał, że jesteśmy w stanie znieść cierpliwie wszelkie jego podstępy, ruszył: najpierw za kawałeczkami chleba, potem już z własnej woli.

Codziennym głaskaniem nauczyliśmy konia nie stawiać oporu przy zakładaniu uzdy, chomąta i siodła. Dalej karmiliśmy go tylko z ręki, a on radośnie rżał, kiedy się zjawialiśmy. Kiedy zaprzęgliśmy go do wozu, podskakiwał, ale nie gwałtownie, lecz jakby z przyzwyczajenia. I jeszcze w ten sam dzień zaczął wozić żerdzie z lasu. Chodzenia pod siodłem też go uczyliśmy stopniowo: najpierw woził z osady Jamnoje i Nowieńkoje chleb w przytroczonej torbie, potem ciężkie materiały budowlane z osady Nowieńkoje, a potem, co mnie całkowicie zaskoczyło, ojciec wrócił z osady Nowieńkoje wierzchem. Tego dnia nadaliśmy zwierzęciu nowe imię: dzikiego Mustanga zastąpił  pracuś Gazik. W ten sposób zyskaliśmy wspaniałego konia i przyjaciela.

Gazik ma stosunkowo rzadkie umaszczenie: myszate — taką maść mieli wymarli przodkowie koni domowych — tarpany. Jakaś cząstka krwi tarpanów płynie w żyłach Gazika: lubi zimą kopać w śniegu, wydobywając zeszłoroczną trawę, przy czym robi to także wtedy, kiedy w paśniku ma świeżutkie siano.

Gazik jest bardziej uniwersalny i bardziej niezawodny niż jego imiennik samochód. Gazik orze, bronuje, okopuje, grabi siano, taszczy kopy, wozi ciężary w furmance, w saniach, w jukach, nosi nas w siodle. Możliwości pokonywania terenu są u niego znacznie większe niż u legendarnego rosyjskiego terenowego „gazika”, nawet większe niż u ciągnika gąsienicowego. A do tego Gazik nie produkuje spalin i nie hałasuje. Co prawda, kiedy jedzie się w saniach albo bryczką, to rura wydechowa konia znajduje się tuż pod nosem kierującego i pasażerów, jednakże nie wydostają się z niej ani tlenki ołowiu, ani krople oleju silnikowego. Do poruszania się po lesie koń nie potrzebuje nawet ścieżki. Po przejechaniu traktorem przez wilgotną łąkę albo bagno zostają koleiny na długie lata, a tam, gdzie przejechał wóz konny, po godzinie podnosi się trawa i ślad znika.

Zimą 1984/85 i 1986/87 r. śnieg był tak głęboki, że grzęzły w nim nawet ciągniki gąsienicowe. Gdyby nie Gazik, to łączność ze światem zapewniałyby nam jedynie narty. Jeździłem konno nie tylko do pracy, ale także w dowolny zakątek lasu. W szczególnie silne mrozy jeździłem bez siodła: siadałem bezpośrednio na ciepłym grzbiecie konia i czułem się jak bohater rosyjskich baśni Iwanuszka Duraczok na samobieżnym piecu.

Gazik nie boi się wchodzić do wody, skacze przez rowy i powalone drzewa, nie ucieka przed dzikami i łosiami i — co najważniejsze — w najgorszych warunkach pogodowych i w ciemności bezbłędnie znajduje drogę do domu. I co jeszcze istotne: kiedy siedzi się w siodle, widzi się znacznie dalej, niż kiedy idzie się pieszo, ponieważ ma się głowę o cały metr wyżej; jest to szczególnie ważne przy pokonywaniu zarośli pokrzywy lub trzciny…

657054_originalZwozimy siano.

656644_originalJa, Gazik i kurka Riaba (Pstrokatka).

Wyspa dzikich koni i tulipanów

545669_original

Przez całe życie miałem konie. Teraz w Briańskim Lesie czeka na mnie czwórka liniejących pupili, które myślą jedynie o tym, żeby nie przegapić porannego karmienia owsem, albo kombinują, jak złamać zbutwiały płot u staruchy-sąsiadki i dostać się na grządki. Moja żona przycina im kopyta, czesze grzywy i ogony, uczy różnych sztuczek.

Ale tutaj, w Rezerwacie Rostowskim, są konie o całkowicie odmiennych obyczajach! Obserwowanie ich jest równie interesujące, jak obserwowanie niedźwiedzi na Kamczatce, szczególnie teraz, wiosną, kiedy w koniach kipią miłosne żądze. To największa i najdłużej żyjąca na terytorium Rosji populacja zdziczałych koni, do tego żyjąca od sześćdziesięciu lat w izolacji na wyspie Wodnyj (ros. Водный), otoczonej przez słone wody jeziora Manycz-Gudiło (ros. Маныч-Гудило).

Wyspa Wodnyj jest największą wyspą jeziora. Jej długość sięga 12 km, a szerokość — 3,5 km. Nie ma tu ani jednego drzewa, ani nawet krzewu. To pagórkowaty step. Wyspa powstała w 1953 roku na skutek zmiany reżimu hydrologicznego jeziora, spowodowanej wybudowaniem Kanału Niewinnomyskiego (ros. Невинномыский канал). Podwyższenie się poziomu wód było zaskoczeniem dla tutejszych hodowców, przez co nie zdążyli oni przegnać zwierząt na ląd. Owce przetransportowano na łódkach, natomiast kilka koni rasy dońskiej musiało zostać na wyspie na okres zimy. Wiosną już nie dało się ich złapać — konie poczuły smak wolności. Osobniki te stały się protoplastami dzikiego tabunu.

Zanim powstał Rezerwat Rostowski, liczba koni była stosunkowo niewielka, sięgała kilkudziesięciu osobników. Każdego lata miejscowy sowchoz przywoził tutaj promem stado owiec. Wykopano dla nich studnię z półsłodką wodą, którą piły też konie. Okresowe próby odłowu i odstrzału koni zrodziły w nich strach przed ludźmi i wszelkiego rodzaju sprzętem technicznym. Koniom udało się przystosować do samodzielnego życia na narażonym na susze stepie: przez cały rok żywić się tym, co znajdą pod kopytami, żyć bez możliwości skrycia się. Z początkiem lat 90. przestano przewozić owce na wyspę, studnie zatkał muł i konie musiały radzić sobie same.

W 1995 roku utworzono Rezerwat Rostowski. Wyspa Wodnyj znalazła się w jego granicach. Dzięki strażnikom rezerwatu skończyło się odstrzeliwanie koni przez kłusowników. Przez pierwsze lata funkcjonowania rezerwatu konie z wielką nieufnością odnosiły się do człowieka. Kiedy pod koniec lat 90. po raz pierwszy tu przyjechałem, nie udało mi się ich nawet sfotografować. Tabun nie pozwalał się zbliżać na odległość mniejszą niż kilometr. Na spotkanie ludziom wybiegał ogier-przywódca, który zachowywał się dość agresywnie. Od razu traciło się ochotę na bliższe kontakty z nim.

Pracownicy rezerwatu przeprowadzili z lądu na wyspę półkilometrowy wodociąg i zorganizowali wodopój. Liczebność stada zaczęła gwałtownie wzrastać. O ile w 1995 roku na wyspie mieszkało 67 koni, o tyle w 2006 roku ich liczba zwiększyła się do ponad 400. Wyspa nie była w stanie zapewnić pożywienia dla takiej ilości koni. Zimą 2009/10 roku ponad połowa populacji padła. Część zwierząt, ratując się przed głodem, zdołała — po raz pierwszy w historii — przejść przez zamarznięte jezioro Manycz-Gudiło na tereny ościennej Kałmucji. Reszta zwierząt przeżyła dzięki dokarmianiu przez ludzi. Teraz rezerwat stara się zachować liczebność populacji w granicach 100-150 osobników poprzez odławianie części młodych koni. Obecnie wyspę zamieszkuje 150 koni.

545818_original 546286_original546415_original 547475_original546701_original 547067_original547163_original 547596_original548033_original 548319_original

Jutro wyruszam na Czarne Ziemie

545284_original

Dwa ostatnie dni spędziłem na wyspie Wodnyj (ros. Водный), znajdującej się na jeziorze Manycz (ros. Маныч) — tereny te są częścią Rezerwatu Rostowskiego. Na wspomnianej wyspie od sześćdziesięciu lat żyje, praktycznie bez pomocy człowieka, populacja dzikich koni. Manyckie mustangi. Zrobiłem o nich fotoreportaż, ale na razie nie udaje mi się go opublikować z powodu słabego zasięgu. Z tego też powodu nie zdołałem zamieścić więcej materiału o tulipanach i wrażeniach z festiwalu.

Właśnie wróciłem do Elisty. Zrobię zapasy jedzenia i wyruszę jutro na kałmuckie Serengeti, na półpustynne Czarne Ziemie.