Moja wieś

Jestem na urlopie, odpoczywam od niedźwiedzi

837761_original

Wziąłem urlop od niedźwiedzi i przeniosłem się do Briańskiego Lasu, w największy upał. W kamczacki chłód wrócę we wrześniu. Ale to dobrze, że jest upalnie, w tym roku trzeba przygotować siano dla siedmiu koni: nasza stajnia rozrosła się ponad dwukrotnie! Tak więc na razie brakuje czasu na pojawianie się w internecie :))

Niedźwiedzie z Briańskiego Lasu opuściły już gawry

675009_original

To zdjęcie ciekawskiego niedźwiedzia w wieczornej mgle zostało zrobione tydzień temu za pomocą fotopułapki umieszczonej nieopodal borsuczej nory w Rezerwacie „Briański Las”. Przez ten czas śnieg zdążył całkowicie stajać nawet w lesie. Rankiem słychać już bębnienie dzięciołów, w nocy tokują puszczyki i włochatki zwyczajne. W rzece Nierussa wody po same brzegi i lada chwila zacznie zalewać łęgi. Teraz, w środku dnia, w naszej wsi jest plus osiem. Najwyraźniej nadeszła pora, żebym i ja zbudził się ze snu zimowego…

O zimowych kąpielach…

© T. Torska

W swoją daleką transrosyjską wyprawę pojechałem niepokonaną ciężarówką GAZ, ale mam jeszcze jeden, trochę mniejszy, samochód ekspedycyjny, który służy mi podczas niedalekich podróży. W ciągu ostatnich pięciu lat, w przerwach między kamczackimi przygodami, objechałem nim wiele zakątków Rosji — od Morza Białego do Morza Czarnego. To właśnie on na górnym zdjęciu przedziera się przez archangielskie bezdroża. Użyteczna maszyna — nie tylko w ekspedycjach, ale także w gospodarstwie: w przyczepie można wozić obornik, drewno albo siano.

Wczoraj postanowiłem przytaszczyć nim belę siana dla koni. Najkrótsza i najrówniejsza droga prowadziła przez zamarzniętą taflę jeziora. Kilka dni temu, jeszcze zanim udałem się na moskiewski festiwal „Pierwotna Rosja”, jeździłem po tym jeziorze bez żadnych przygód; w końcu co noc mróz sięgał -30oC…

Ogólnie rzecz biorąc, rzadko która zima, szczególnie okres styczniowych srogich mrozów, obywa się u mnie bez lodowatych kąpieli. I żadna z tych kąpieli nie zdarzyła się z mojej własnej woli. Kąpałem się sam, z koniem, z motorem, ze skuterem śnieżnym. A z samochodem tak solidnie miałem okazję wykapać się po raz pierwszy.

673950_original Próbuję wymacać hak, żeby przyczepić do niego linę holowniczą, ale nie mogę dosięgnąć… © L. Szpilenok

674100_originalNurkuję, zapomniawszy, że mam na głowie czapkę… © L. Szpilenok

674404_originalI wynurzam się… © L. Szpilenok

Niezapomnianych przygód oczekuje się zazwyczaj daleko od domu, ale mnie się one przydarzają najczęściej tuż pod domem. Gdybym zapadł się w tym miejscu dwa lata temu, to nie byłoby takich skutków. Latem 2012 roku, w czasie suszy, wynająłem traktor, który oczyścił i pogłębił jezioro tak, że na jego dnie zaczęły bić źródła. I to właśnie nad takim źródłem zapadł się samochód…

Z pomocą pracowników rezerwatu i UAZika wyposażonego w wyciągarkę udało się po paru godzinach wyciągnąć maszynę. Teraz suszy się w garażu przy nagrzewnicy. Jeśli ktoś ma doświadczenie w reanimacji zatopionych samochodów, będę wdzięczny za porady.

O Gaziku. Ale nie o tym, który jest teraz na Kamczatce

657610_original

Na początku lat 80., zaraz po ukończeniu studiów, zamieszkałem razem ze swoim ojcem w Briańskim Lesie, w opuszczonej leśniczówce na brzegu rzeczki Nierussa. O życiu w leśniczówce opowiadałem już trochę na swoim blogu. Obecnie próbuję napisać o tym książkę, ale bardzo powoli mi to idzie — teraźniejsze burzliwe życie w żaden sposób nie sprzyja oddawaniu się wspomnieniom :)) Oto fragmenty materiałów do przyszłej książki.

Mój ojciec zaczął pracować jako leśnik w Leśnictwie Pogoszczeńskim, a ja — jako nauczyciel w szkole w sąsiedniej leśnej osadzie Nowieńkoje. Kiedy rozpoczęliśmy remont na wpół zrujnowanej leśniczówki, szybko zrozumieliśmy, że bez środka transportu praca ta będzie się ciągnęła przez lata. Własnoręcznie taszczyliśmy z głębi lasu kłody i żerdzie. Każdy gwóźdź, który został wbity w dom, musiał najpierw przebyć piętnastokilometrową drogę w naszym plecaku. A oprócz tego trzeba było nosić także jedzenie, w końcu przez pierwszy rok nie mieliśmy ani ogrodu, ani gospodarstwa.

Zaczęliśmy marzyć o koniu. W leśnictwie było kilka pracujących koni, ale one były codziennie zajęte. Leśniczy z uśmieszkiem zaproponował nam Mustanga — pięcioletniego porywczego wałacha, którego nikt nie chciał. Wszyscy czekali na jesień, żeby się go pozbyć i przerobić na kiełbasę. Koń miał paskudną reputację: odmawiał wszelkich prac. Wiosną byłem świadkiem, jak pięciu mężczyzn, z trudem utrzymując konia, założyło mu chomąto i zaprzęgło do pługa. Ale jak tylko zaczęli orać ziemię, koń wyrwał się i pomknął galopem z podrygującym za nim pługiem. Zwierzę przeskakiwało przez płoty, niszcząc je ciężkim pługiem. W końcu postronki się urwały, koń zrzucił przez głowę chomąto i uciekł z poranionym do krwi pyskiem.

Przyczyną takiego zachowania zwierzęcia były zupełnie nieumiejętne, brutalne próby zmuszenia go od razu do pracy. Po tym wydarzeniu koń nie pozwalał nikomu zbliżać się do siebie na odległość mniejszą niż pięć kroków. Postanowiliśmy z ojcem, że spróbujemy konia czegoś nauczyć. Złapaliśmy go na arkan i przywiązaliśmy w opuszczonej stajni. Przez kilka dni zwierzę otrzymywało wszystko, co niezbędne do życia, tylko z moich rąk albo z rąk mojego ojca. Próbowaliśmy też głaskać konia. Najpierw nerwowo drżał przy dotyku ludzkiej ręki, ale głaskaniu zawsze towarzyszyło karmienie chlebem i wkrótce zwierzę zaczęło się cieszyć na nasz widok.

Zaprowadzenie konia do naszej leśniczówki było niemałym wydarzeniem. Z początku poszedł prowadzony za uzdę przez mojego ojca, ale w chwili kiedy opuścili okolice osady Nowieńkoje, koń stanął jak wryty. Aby nie nadszarpnąć zdobytego u konia zaufania, ojciec, zamiast ciągnąć zwierzę, postanowił postać razem z nim przez kilka godzin. Po skończeniu zajęć w szkole zmieniłem ojca, też postałem sobie z koniem przez kilka godzin. Kiedy koń zrozumiał, że jesteśmy w stanie znieść cierpliwie wszelkie jego podstępy, ruszył: najpierw za kawałeczkami chleba, potem już z własnej woli.

Codziennym głaskaniem nauczyliśmy konia nie stawiać oporu przy zakładaniu uzdy, chomąta i siodła. Dalej karmiliśmy go tylko z ręki, a on radośnie rżał, kiedy się zjawialiśmy. Kiedy zaprzęgliśmy go do wozu, podskakiwał, ale nie gwałtownie, lecz jakby z przyzwyczajenia. I jeszcze w ten sam dzień zaczął wozić żerdzie z lasu. Chodzenia pod siodłem też go uczyliśmy stopniowo: najpierw woził z osady Jamnoje i Nowieńkoje chleb w przytroczonej torbie, potem ciężkie materiały budowlane z osady Nowieńkoje, a potem, co mnie całkowicie zaskoczyło, ojciec wrócił z osady Nowieńkoje wierzchem. Tego dnia nadaliśmy zwierzęciu nowe imię: dzikiego Mustanga zastąpił  pracuś Gazik. W ten sposób zyskaliśmy wspaniałego konia i przyjaciela.

Gazik ma stosunkowo rzadkie umaszczenie: myszate — taką maść mieli wymarli przodkowie koni domowych — tarpany. Jakaś cząstka krwi tarpanów płynie w żyłach Gazika: lubi zimą kopać w śniegu, wydobywając zeszłoroczną trawę, przy czym robi to także wtedy, kiedy w paśniku ma świeżutkie siano.

Gazik jest bardziej uniwersalny i bardziej niezawodny niż jego imiennik samochód. Gazik orze, bronuje, okopuje, grabi siano, taszczy kopy, wozi ciężary w furmance, w saniach, w jukach, nosi nas w siodle. Możliwości pokonywania terenu są u niego znacznie większe niż u legendarnego rosyjskiego terenowego „gazika”, nawet większe niż u ciągnika gąsienicowego. A do tego Gazik nie produkuje spalin i nie hałasuje. Co prawda, kiedy jedzie się w saniach albo bryczką, to rura wydechowa konia znajduje się tuż pod nosem kierującego i pasażerów, jednakże nie wydostają się z niej ani tlenki ołowiu, ani krople oleju silnikowego. Do poruszania się po lesie koń nie potrzebuje nawet ścieżki. Po przejechaniu traktorem przez wilgotną łąkę albo bagno zostają koleiny na długie lata, a tam, gdzie przejechał wóz konny, po godzinie podnosi się trawa i ślad znika.

Zimą 1984/85 i 1986/87 r. śnieg był tak głęboki, że grzęzły w nim nawet ciągniki gąsienicowe. Gdyby nie Gazik, to łączność ze światem zapewniałyby nam jedynie narty. Jeździłem konno nie tylko do pracy, ale także w dowolny zakątek lasu. W szczególnie silne mrozy jeździłem bez siodła: siadałem bezpośrednio na ciepłym grzbiecie konia i czułem się jak bohater rosyjskich baśni Iwanuszka Duraczok na samobieżnym piecu.

Gazik nie boi się wchodzić do wody, skacze przez rowy i powalone drzewa, nie ucieka przed dzikami i łosiami i — co najważniejsze — w najgorszych warunkach pogodowych i w ciemności bezbłędnie znajduje drogę do domu. I co jeszcze istotne: kiedy siedzi się w siodle, widzi się znacznie dalej, niż kiedy idzie się pieszo, ponieważ ma się głowę o cały metr wyżej; jest to szczególnie ważne przy pokonywaniu zarośli pokrzywy lub trzciny…

657054_originalZwozimy siano.

656644_originalJa, Gazik i kurka Riaba (Pstrokatka).