Złodzieja Złodziejewicza spotkało wielkie nieszczęście

001938zd

Nieszczęścia chodzą parami. Życie Złodzieja Złodziejewicza wisi na włosku…

Przedwczoraj wieczorem, idąc wraz ze swoją rodziną (żoną i dwójką młodszych synów) wzdłuż brzegu oceanu nieopodal ujścia rzeki Kronockaja, zauważyłem dziwne ślady: jak gdyby lis taszczył niebywale ciężką zdobycz. Poszliśmy za śladami i po około stu metrach znaleźliśmy kawałek sieci rybackiej, w którą zaplątany był lis. Na początku nie rozpoznałem w umierającym zwierzęciu Złodzieja, tak bardzo zmieniło się jego zazwyczaj pełne energii spojrzenie. Biedaczysko miał opuchnięty pysk, a oczy zasypane suchym piaskiem. Ślady wskazywały, że walka z siecią trwała od dłuższego czasu, całkowicie wyczerpując lisa. Zwierzę na szczęście zdołało przeciągnąć sieć w miejsce, gdzie nie sięgał przypływ, jednak na więcej nie starczyło mu sił — cienki kapronowy sznur mocno owinął się wokół szyi lisa. Cud, że nie znalazły go liczne tu niedźwiedzie: w promieniu kilometra pasło się i łowiło ryby osiem drapieżników.

Zarzuciliśmy na lisa kurtkę i, trzymając go za pysk i łapy, przecięliśmy nożem sznurek ściskający szyję. Ale Złodziej nie mógł się nawet podnieść. Pół godziny leżał jak gdyby w śpiączce, a potem spróbował podpełznąć do wody, ażeby się napić. Udało mu się. Zwymiotował wodą i zrobiło mu się lżej. W tym czasie zaczął podchodzić do nas niedźwiedź i było widać, że bardzo to niepokoi bezbronnego lisa, który nie mógł się przecież podnieść. Odchodziliśmy od niedźwiedzia, a Złodziej pełzł za nami. Trzeba było odpędzać niedźwiedzia strzałem ostrzegawczym. Ochranialiśmy lisa przez jakieś dwie godziny, dopóki nie zapadł zmrok. Musieliśmy wracać do osady, a piętnastokilometrowy spływ rzeką w całkowitej ciemności nie jest rzeczą prostą. Udaliśmy się w kierunku łodzi. Lis żałośnie na nas spoglądał, a potem spróbował iść za nami. Udało mu się dotrzeć do wysokich trawiastych zarośli i wpełznąć tam.

Nazajutrz rano przyjechałem nad liman. Szukałem Złodzieja, lecz bezskutecznie. Musiałem wrócić do osady, gdzie czekała na mnie nie tylko rodzina, ale również pracownicy naukowi rezerwatu. Jednak wieczorem znowu wybrałem się nad zatokę i — nie wiem jakim cudem — znalazłem Złodzieja. Zaszył się w przesłoniętej trawą niszy w rzecznym urwisku, nieopodal miejsca, w którym rozstaliśmy się poprzedniego dnia. Z trudem wyszedł mi na spotkanie: szyję miał nienaturalnie sztywną, plątały mu się tylne łapy. Widać było, że bardzo cierpi.

Znajduję się w jednym z najdzikszych i najbardziej niedostępnych zakątków planety, gdzie obowiązują surowe przepisy. Ale nawet tutaj przyroda bywa bezbronna. Długie ręce ludzkiej nieodpowiedzialności docierają tu pod postacią przedmiotów wyrzucanych przez morze. Ile to ja już spaliłem strzępów sieci i sznurów znalezionych podczas obchodów pobrzeża rezerwatu. I nieustannie ocean wyrzuca nowe. Niedaleko rezerwatu znajduje się rejon intensywnego morskiego przetwórstwa rybnego. Wiemy mniej więcej, ile ssaków morskich ginie na otwartym morzu w sieciach dryfujących, tzw. pławnicach. Jak widać, sieci mogą zabijać także na lądzie.

Nasz kraj, miasta i wsie, lądy i morza zawalone są śmieciami i odpadami. Cierpimy my, cierpią nasi pupile, cierpi przyroda, dzikie zwierzęta. Musimy nauczyć się żyć bez śmieci, to wcale nie jest trudne. Nauczyć się sprzątać po sobie, a jeśli trzeba — także po innych. Uświadomić tych, którzy nie zauważają problemu; zmusić tych, którzy nie chcą go widzieć.

I miejmy nadzieję, że Złodziej Złodziejewicz wykaraska się…

(Autorem zdjęć jest Andriej Szpilenok).

001941x3 00195c0s

Postscriptum:

W komentarzach rosyjskich czytelników pojawiły się liczne głosy dotyczące karmienia Złodzieja i zapewnienia mu pomocy weterynaryjnej. Oczywiście można go było dokarmiać. Próbowałem to robić. Lis to nie niedźwiedź: karmiony przez człowieka nie stanie się dla niego zagrożeniem. Ale Złodziej był w takim stanie, że nie mógł ani jeść, ani pić — od razu wymiotował… Jeśli zaś mowa o pomocy weterynaryjnej: popatrzcie na mapę tych okolic. Stąd do najbliższej drogi gruntowej jest ponad 100 km; taką odległość musiałby pokonać pieszo, przedzierając się przez góry i zarośla, dr Dolittle — którego trzeba jeszcze znaleźć. Zajęłoby mu to ponad tydzień w jedną stronę. Przylot helikoptera z Pietropawłowska kosztuje 400 tys. rubli, przy czym przez te wszystkie dni na wybrzeżu panowała niesprzyjająca pogoda (sprawdźcie w archiwum pogody). Podejrzewam, że w takich warunkach pogodowych także człowiek nie doczekałby się pomocy medycznej, chyba że lekarz znajdowałby się akurat na pokładzie przepływającego nieopodal statku… Można było przenieść umierającego lisa do szopy w osadzie strażników, zadając mu dodatkowe cierpienia i stres. Ale jakiż był sens, skoro nie ma tu ani specjalistów od leczenia zwierząt, ani odpowiedniego sprzętu. A tak Złodziej umarł tam, gdzie się urodził, w znajomym mu otoczeniu. Dlatego po prostu ochraniałem go przed niedźwiedziami na miejscu, mając nadzieję, że będzie dobrze…

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s