Szatun

000rw772

Często idealizujemy dziką przyrodę. W rzeczywistości wiele w niej okrucieństwa, reguł trudnych do zaakceptowania z punktu widzenia naszego systemu moralnego. Jednakże racjonalnych z punktu widzenia ewolucji. Czas zimy w naszych szerokościach geograficznych jest szczególnie okrutny. Jako dziecko doznałem wstrząsu, dowiedziawszy się, że dziewięć spośród dziesięciu sikorek nie przeżywa zimy…

Czasami bywa tak, że w odwiecznym dramacie drapieżnik-ofiara rola ofiary przypada człowiekowi. I dobrze, jeśli człowiek ma możliwość przeciwstawić się temu. Sam doświadczyłem takiej sytuacji w styczniu-lutym 2008 roku, kiedy zimowałem w Rezerwacie Kronockim, nad rzeką Tichaja.

Na początek parę słów o broni. Kiedy mieszkałem i pracowałem w Rezerwacie „Briański Las”, obchodziłem się bez broni. Jednakże w Rezerwacie Kronockim chodziłem ze strzelbą nawet do toalety. Taki nawyk sobie wyrobiłem. W rezerwacie tym żyje najliczniejsza w świecie chroniona populacja niedźwiedzi brunatnych, wśród których, tak jak wśród ludzi, zdarzają się nienormalne osobniki. Średnio raz do roku broń ratuje mi życie. Jedną lufę strzelby mam załadowaną rakietą sygnalizacyjną, drugą — kulą. Wystrzelenie rakiety sygnalizacyjnej (zazwyczaj celuję w ziemię) działa otrzeźwiająco na zwierza, nie robiąc mu krzywdy. Kul na razie nie musiałem używać.

Muszę dodać, że noszenie broni ze sobą to spore obciążenie. Strzelba kalibru 12 mm waży 3,5 kg; wodery, moje podstawowe obuwie — 3 kg; ubranie — co najmniej 2 kg. Aparat i trzy obiektywy wraz z plecakiem na sprzęt oraz lekkim statywem ważą 12 kg. Czyli codziennie noszę na sobie co najmniej dwadzieścia kilogramów. Początkowo starałem się minimalizować ciężar kosztem strzelby. Jak tylko w początkach stycznia ostatnie niedźwiedzie kładły się do gawr, zaczynałem chodzić bez broni, ciesząc się lekkością na ramionach. Robiłem tak, dopóki nie spotkałem prawdziwego szatuna — niedźwiedzia, który nie zapadł w sen zimowy, ponieważ nie zdążył zrobić odpowiednich zapasów tłuszczu. Dzieje się tak, kiedy brakuje pokarmu albo gdy niedźwiedź jest chory lub ranny. Szatuny skazane są na śmierć głodową.

Pierwszy szatun, jakiego ujrzałem w swoim życiu, był martwy. W marcu 2006 roku przyjechaliśmy razem z kolegą skuterami śnieżnymi do chatki stojącej nad ujściem rzeki Listwiennicznaja, nad Jeziorem Kronockim, aby prowadzić stamtąd inwentaryzację zwierząt. Okazało się jednak, że nie mamy gdzie nocować: okno chatki było wybite, prycze i stół połamane i pogryzione na szczapy. Na podłodze pośród rozerwanych materacy leżał wychudzony martwy niedźwiedź. Nie dało się wyciągnąć jego zamarzniętej tuszy ani przez drzwi, ani przez okno. Musieliśmy prowadzić badania z drugiej chatki, już nie tak wygodnej.

Martwy zwierz nie zrobił wówczas na mnie szczególnego wrażenia i zimą nadal nie nosiłem strzelby. Aż do końca stycznia 2008 roku, kiedy to ujrzałem na szreni ślady wielkich pazurów. Byłem bez broni w odległości sześciu kilometrów od chatki i zamierzałem pójść jeszcze dalej, jednak od razu zmieniłem plany i zawróciłem do domu, czujnie oglądając się za siebie. Zrozumiałem, że to głodny szatun i że nie ma żartów. W odległości pół kilometra od chatki jeszcze raz przeciąłem całkiem świeże ślady niedźwiedzia i zrobiło mi się nieswojo. Ale dotarłem szczęśliwie do domu, zabrałem strzelbę i obszedłem chatkę w promieniu kilometra, przyglądając się śladom. Znalazłem cały sznur tropów nad rzeką Tichaja — okazało się, że niedźwiedź przebywał w okolicy od co najmniej doby… Zwierz walczył o życie, uparcie szukał jakiegokolwiek jedzenia, ale w mroźnym lesie jedzenia nie było. Oprócz mnie…

Następnego ranka spotkaliśmy się po raz pierwszy. Jeszcze w mroku z przewieszoną przez ramię strzelbą i dwiema bańkami w rękach poszedłem nad rzekę po wodę; to jakieś trzysta metrów od chatki. Zszedłem w dół ze skarpy; na dole, gdzie leżał pulchny śnieg, założyłem narty traperskie, które tam na mnie czekały, i ruszyłem w stronę jaśniejącej między olchami tafli niezamarzającej zimą rzeki. Mróz sięgał dwudziestu stopni, narty zgrzytały na twardym śniegu, ale cały czas byłem czujny i usłyszałem, jak w miejscu, gdzie czerpię wodę, zaskrzypiał śnieg. Zatrzymałem się. Śnieg znowu zaskrzypiał i dostrzegłem na tle parującej wody zgarbioną sylwetkę niedźwiedzia. Dzieliło mnie od niego około czterdziestu metrów. Złapałem za strzelbę, upuszczone bańki zadźwięczały na śniegu, a zwierz stanął na tylnych łapach, opierając się przednią łapą o olchę. Wycelowałem strzelbę w stojącego niedźwiedzia i od tej chwili przestałem odczuwać strach; moja głowa pracowała całkowicie przytomnie, analizując możliwe warianty rozwoju zdarzeń. Trzymając cały czas misia na muszce, zdjąłem narty, udeptałem śnieg pod stopami, żeby w razie wystrzału zachować stabilną pozycję. Przypuszczalnie w tej chwili niedźwiedź także analizował możliwe warianty przebiegu zdarzeń i w końcu zdecydował się na jeden z nich: opadł na cztery łapy, spuścił głowę nisko nad śniegiem i, zgarbiwszy się mocno, ruszył w moim kierunku po mojej starej ścieżce narciarskiej, w ogóle się nie zapadając. Wycelowałem w śnieg tuż przed pyskiem zwierzęcia, ale zanim nacisnąłem spust, aby wystrzelić rakietę sygnalizacyjną, stąpnąłem nogą na jedną z nart i z całej siły popchnąłem ją w kierunku szatuna po założonym w śniegu śladzie. Narta z głośnym skrzypieniem na zmrożonym śniegu pomknęła lekko pod górkę w stronę niedźwiedzia. Tego zwierz się nie spodziewał! Z jakiegoś powodu bardzo go to przestraszyło! Przeskoczył przez nartę, która podjechała pod jego pysk, i minąwszy mnie, popędził galopem na lekko zamarznięte grzęzawisko, łamiąc z hukiem cienki lód i zapadając się w błoto.

Okazało się, że niedźwiedź nocą kilka razy okrążał moją chatkę, próbował podkopać zamarzniętą ziemię wokół toalety, badał moje wczorajsze ślady. W ciągu dnia widziałem go przez okno chatki: nieustannie chodził wzdłuż rzeki, wpatrując się w wodę; z pewnością pamiętał letnią obfitość łososi, ale teraz rzeka była pusta… Później niedźwiedź przeszedł przez tundrę na brzeg oceanu i długo snuł się wzdłuż wzburzonych fal, jednak niczego nie znalazł. Biedaczysko był tak wychudzony, że utrzymywał się na cienkiej szreni, na której ja od razu się zapadałem bez nart.

Przestałem wychodzić z chatki, kiedy robiło się ciemno. W ciągu dnia nie raz spotykałem szatuna na brzegu oceanu. Niedźwiedź nie próbował więcej zbliżać się do mnie, ale też nie uciekał przed mną. Po prostu kładł się na śniegu i obserwował, co zamierzam robić. Kilka razy fotografowałem go z odległości pięćdziesięciu metrów, bliżej nie ryzykowałem podchodzić.

Gdzieś tak w połowie lutego w środku nocy zatrzęsło chatką, jak podczas trzęsienia ziemi. Zbudziłem się i usłyszałem kroki na dachu. Od razu domyśliłem się czyje… Domek był zasypany śniegiem aż po dach i sam nie raz przeskakiwałem z zaspy na wątły dach, uginający się pod moim ciężarem. O pokój, który ogrzewałem i w którym spałem, byłem spokojny: przynajmniej jest nad nim jakiś strych. Ale w letniej, nieogrzewanej części domku nie było strychu, jedynie dwucentymetrowe deski i dwie warstwy papy. I słychać było, że szatun drapie w dach i rwie się papa pod niedźwiedzimi pazurami. Schowałem do kieszeni jakieś dziesięć naboi, włączyłem czołówkę i wyszedłem do sieni, kierując światło i strzelbę w stronę sufitu. Ryśka, moja kotka, ze zjeżoną sierścią również w napięciu obserwowała smugę światła. Niedźwiedź przestępował z miejsca na miejsce i widać było, jak się ugina pod nim dach, jak „tańczą” w deskach pokryte szronem gwoździe. Otworzyłem lufcik, wysunąłem lufę i wystrzeliłem w niebo, tuż obok ucha szatuna, rakietę sygnalizacyjną. Okolice rozświetliły się na parę sekund zielonym migoczącym światłem. Zwierz uciekł. I już się więcej do chatki nie zbliżał…

Po kilku dniach znalazłem go nad brzegiem oceanu w odległości czterech kilometrów od chatki. Biedaczysko leżał pośród kamieni całkowicie bez sił: ledwie podniósł głowę, żeby spojrzeć na mnie obojętnym wzrokiem… Pojąłem, że niedźwiedź nie może się już ruszać.

Następnego dnia udałem się na dawno planowany daleki patrol, który odkładałem ze względu na szatuna, bojąc się że ten rozniesie chatkę w czasie mojej nieobecności. Wróciłem po tygodniu i od razu dostrzegłem skupisko bielików olbrzymich i wron w miejscu, gdzie ostatni raz widziałem konającego niedźwiedzia. Szatun stał się pokarmem dla leśnych sanitariuszy…

A doomed february bear Œåäâåäü øàòóí â ôåâðàëå íà áåðåãó îêåàíà000rytkr

Reklamy

One comment

  1. Pięknie opisane, trzymające w napięciu przeżycie. Budzi we mnie potrzebę nakarmienia, podzielenia się własnym pożywieniem, jednak szybko powraca otrzeźwienie, które nakazuje naturę pozostawić samą sobie. Po chwili kolejna ludzka refleksja, że będąc częścią tej natury, nie można być tylko biernym obserwatorem. A może trzeba? Wewnętrzna walka trwa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s