Liza i Lizowin znad rzeczki Tichaja

000ka9a1

Dziś minął czwarty miesiąc, od kiedy żyję na krańcu świata — w Rezerwacie Kronockim. To moje drugie długie zimowanie w rezerwacie. Zimą 2007/2008 roku przez prawie sześć miesięcy mieszkałem w chatce nad rzeką Tichaja (ros. Тихая; ‘cicha, spokojna’). Różni się ona od pozostałych rzek w rezerwacie i w pełni zasługuje na swoją nazwę: wypływa z jeziora Kluczewoje (ros. Ключевое) u podnóża wulkanu Kichpinycz (ros. Кихпиныч) i na całej swojej długości wije się spokojnie przez płaską nadmorską tundrę. Przypomina mi bardzo moją rodzimą rzekę Nierussę (ros. Нерусса) na Briańszczyźnie: takie same wierzby i olchy na brzegach, takie same starorzecza porośnięte oczeretami i grążelami. Różni ją tylko jedno: masywy wulkanów górujące nad koronami drzew i krzewów.

Zamieszkałem w dolnym biegu rzeki Tichaja, w domku stojącym na przylądku Mys Driewnich Stojanok (ros. Мыс Древних Стоянок), w skrócie MDS — tak nazywał to miejsce wybitny znawca przyrody, autor książki „Niedźwiedź brunatny Kamczatki”, pracownik naszego rezerwatu Witalij Nikołajenko, który zamieszkał tu kilkadziesiąt lat temu. W pobliżu tego miejsca Witalij został zabity przez niedźwiedzia. Na krańcu przylądka, niedaleko domku zbudowanego przez Witalija, wznosi się teraz pomnik poświęcony temu przyrodnikowi…

000kbhbe

Jesienią gruntownie wyremontowałem i ociepliłem butwiejącą chatkę, przygotowałem drewno na opał. Była wtedy ze mną kotka Ryśka, o której opowiadałem już kiedyś na blogu. Internetu wówczas nie miałem, dlatego miałem czas i na codzienne sprawy, i na dalekie kilkudniowe wyprawy, i na obrabianie zdjęć.

Jeszcze jesienią, pierwszego dnia mojego pobytu, przyszła do mnie lisica. Mokra, wynędzniała… W pysku trzymała spory kawałek stęchłego łososia. Lisica położyła go przede mną na ścieżce i zaczęła żałośnie wpatrywać się w moje oczy, jak gdyby proponując wymianę. Poczułem, jak mięknie mi serce… Niedobrze jest karmić zwierzęta w rezerwacie, ale lis to nie niedźwiedź, dlatego zgrzeszyłem: rzuciłem lisicy cukierka, podziękowawszy za łososia. Lisica z chęcią zjadła cukierka (jak widać, smak cukierka był jej znany), wzięła łososia i zniknęła z nim w trawie. Tego samego wieczoru lisica przyprowadziła pod moją chatkę swojego lisa. Zwierzęta niewątpliwie liczyły na to, że dostaną co najmniej po jednym cukierku. Ale spotkały się z Ryśką… Takiego zwierza nie znały, a Ryśka zdążyła już poczuć się gospodynią tej wspaniałej, obfitującej w ryjówki i norniki siedziby.

000kdhwk

Lisy awanturują się o prawo do stania na parapecie mojej kuchni i rozkoszowania się zapachem jajecznicy na słonince.

000kckyf

Ryśka natomiast uważała, że lisy w ogóle nie mają prawa, aby wąchać jajecznicę gospodarza. Z pełnym przekonaniem co do słuszności swoich poglądów kocica tak przegoniła lisy, że te przez następny miesiąc nie zbliżały się do domku, bojąc się jej. Ale ze mną nadal podtrzymywały znajomość, tyle że z dala od chatki.

Sąsiedzi powinni mieć jakieś imię, więc nazwałem lisią parkę Lizą i Lizowinem (lisa to po rosyjsku ‘lis’, a lisowin — ‘samiec lisa’).

Grudniowe mrozy zagnały Ryśkę do chatki. Lisy zaczęły podchodzić coraz bliżej domku. Ale jeśli kotka zobaczyła przez okno, że lisy podeszły na odległość mniejszą niż 40-50 metrów, zaczynała szaleć, domagając się wypuszczenia jej na zewnątrz. Jednak nie zawsze ją wypuszczałem, chroniłem lisy przed kocią tyranią. I z pewnością niesłusznie… W nocy zaczęły znikać drobne, nieopatrznie zostawione rzeczy: śrubokręt, kora brzozowa i szczapki na rozpałkę. Początkowo nie zorientowałem się, co się z nimi stało.

28 grudnia zaleciał do mnie na pół minuty śmigłowiec, z którego zrzucono pudła z zaopatrzeniem, po czym maszyna z powrotem wzbiła się w powietrze. Lisy najwidoczniej dobrze wiedziały, co oznacza lądowanie śmigłowca, i pięć minut później były już pod domkiem. Znosiłem pudła do sieni, a lisy obserwowały mnie, licząc na jakieś datki. Na ostatnim pudle rozpoznałem charakter pisma mojej Ukochanej. Usiadłem na śniegu, otworzyłem pudło. Na górze, obok pęta kiełbasy suszonej i drogiego sera żółtego, leżał długo wyczekiwany list. Zapomniawszy o bożym świecie, pogrążyłem się w lekturze… Kątem oka zobaczyłem, że Lizowin, wyprężywszy się jak struna, próbuje sięgnąć mordą do pudła. Pomyślałem jednak: a dokądże on z taką wielką kiełbasą przez śnieg ucieknie. Lizowin jednym susem doskoczył do kiełbasy, chwycił w zęby i wywlekł z pudła. Schowałem niedoczytany list do kieszeni i pognałem za lisem, zapadając się w zaspach. Lis rzucił kiełbasę na śnieg, schwycił ją pośrodku i zadzierając wysoko łeb, podreptał po szreni! W ogóle się nie zapadał! Biegłem za nim przez około dwieście metrów, dopóki nie zniknął między poskręcanymi brzozami. Spocony i zdyszany wróciłem na lądowisko, do mojego tak nieopatrznie pozostawionego pudła. Liza zdążyła już wynieść z niego świąteczny wykwintny ser. Szlachetne zwierzęta pozostawiły mi jedynie butelkę szampana i koniaku. To był niezapomniany Nowy Rok!

Dopiero w tym roku, po tym jak lisy zabrały mi GPS z bezcennymi danymi, zdałem sobie sprawę, że Liza i Lizowin byli drobnymi złodziejaszkami. Jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie straciłem tamtego sezonu, był topowy model czołówki Petzl, bezmyślnie zostawionej na stosie drewna na opał. Wiosną w odległości pół kilometra od domu znalazłem jedynie gumkę od czołówki.

To, co kradzione, smakowało lisom bardziej. Nawet woda… Kiedy spadło półtora metra śniegu, zacząłem wozić wodę z rzeki skuterem śnieżnym. Brałem ze sobą pięć baniek, napełniałem je wodą w rzece i wiozłem powoli na saniach, żeby nie rozchlapać wody (bańki nie miały pokrywek). A lisy już czekały na ganku. W czasie gdy niosłem do domu jedną bańkę, lisy chłeptały wodę z pozostałych pojemników! Złodziejaszki! Rzekę macie pod nosem, sto razy w ciągu dnia tam biegacie! Tam sobie pijcie do woli! Ale woda niczyja nie jest tak smaczna.

000ke3yp

Lisy bardzo lubiły skuter śnieżny, zawsze przybiegały mu na spotkanie, kiedy wracałem z patrolu po 2-3 dniach nieobecności. Liza lubiła wypoczywać na miękkim siedzeniu skutera, a Lizowin — leżeć zwinięty w kłębek na saniach. Być może sympatia lisów do skutera spowodowana była tym, że zawsze stawiałem go z tej strony domku, z której Ryśka nie mogła obserwować, co się dzieje na zewnątrz.

Szybko nauczyłem się wykorzystywać lisy w roli psów myśliwskich czy też stróżujących. Lisy z daleka wyczuwały nadchodzące wzdłuż rzeki zwierzęta, przybierały czujną postawę, patrząc we właściwą stronę. Miałem w związku z tym więcej czasu, żeby przygotować się do fotografowania. Dzięki Lizie i Lizowinowi zrobiłem wiele zdjęć niedźwiedzi, rosomaków i innych lisów.

000kf7c4

Ale lisy nie byłyby lisami, gdyby nie próbowały przeszkadzać w robieniu zdjęć. Na zdjęciu powyżej: Liza próbuje wypatrzeć przez sterczący z czatowni obiektyw, czy jest ktoś w środku. Później, kiedy się już upewniła, że nie ma mnie w czatowni… Patrz: następne zdjęcie:

000kg06s

000kh5xg

Nie myślcie, że Lizowin uczciwie patrzy mi prosto w oczy. W istocie obmyśla on, jak tu zwędzić mojego Nikona D3, zostawionego przeze mnie na śniegu. Uwieczniłem ten moment z okna swojej chatki za pomocą pilota do zdalnego wyzwalania.

Mating games ðà÷íûå èãðû ïàðû ëèñ.

Harce godowe Lizy i Lizowina. Opowiem o nich szczegółowo wiosną, we właściwej porze roku.

W tym roku też mieszkam w sąsiedztwie lisów: Kazika i Kazikowej. Ta parka ogołoci mnie do szczętu, pozować do zdjęć jednak nie raczy. I Ryśki brakuje, nie ma mnie kto obronić :(

Reklamy

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s