„Proszę wejść, Ludmiło Jefrimowna!

Still life with bear

W naszej chatce w Dolinie Gejzerów zawsze budziłem się jako pierwszy, żeby dotrzeć w miejsce, które zamierzałem fotografować, zanim pojawią się pierwsze promienie słońca. A mój wspaniały przyjaciel i kolega z pracy Wołodia Złotnikow lubił powylegiwać się w łóżku, zanim nawiązał łączność z biurem rezerwatu. Jeszcze w mroku rozpalałem w piecu, zaparzałem kawę, czasami zdążyłem przed wyjściem zapisać coś w dzienniku.

Tamtego dnia ledwie zrobiłem pierwsze rozkoszne łyki kawy i wyciągnąłem laptop, jak zaskrzypiały deski na werandzie. „Proszę wejść, Ludmiło Jefrimowna!” — zawołałem. Chodzi o to, że poprzedniego dnia do Doliny Gejzerów przyleciała Ludmiła Jefrimowna Łobkowa, znany na Kamczatce entomolog. Od kilkudziesięciu lat bada ona w Dolinie Gejzerów mechanizmy adaptacyjne owadów umożliwiające im wykorzystywanie dla własnych celów wulkanicznego ciepła. Ludmiła Jefrimowna wstąpiła do nas wieczorem na herbatę i przyniosła gorącą patelnię świeżo uprażonych nasion słonecznika. A kiedy zbierała się już do wyjścia, do swojej chatki obok, patelnię z niedojedzonym słonecznikiem zostawiła u nas; powiedziała, że weźmie jutro. Ale teraz z jakichś powodów kręciła się na werandzie, nie wchodząc do środka. „Proszę wchodzić, nie krępować się!” — powtórzyłem, ale Ludmiła Jefrimowna nadal przestępowała z nogi na nogę, skrzypiąc deskami.

Wstałem zza ławy i, trzymając w rękach laptop, popchnąłem nogą drzwi. Te, otworzywszy się lekko, trafiły w coś miękkiego. Już otwierałem usta, żeby przepraszać, ale urwałem w pół słowa: na werandzie stał niedźwiedź. Spojrzenie miał całkiem przyjazne, wyraźnie zmieszane, jak gdyby czuł się winny, że ośmielił się wtargnąć w nasze życie prywatne. Ale kto tam zna niedźwiedzia! Złapałem szybko za klamkę i zamknąłem drzwi, zdążywszy zauważyć, że obie strzelby — moja i Wołodi — wiszą na gwoździach przy drzwiach wejściowych tuż za niedźwiedziem.

Wróciłem do pokoju, położyłem laptop na ławie i usłyszałem, jak „Ludmiła Jefrimowna” zaczęła zawracać na wąskiej werandzie, żeby wyjść. Pospadały narzędzia zawieszone na ścianie, rozsypał się stos drewna, zadudniły ustawione pod ścianą puste skrzynie, zadźwięczały przewrócone wiadra. „Co się dzieje?”— zapytał na wpół przebudzony Wołodia. „Ludmiła Jefrimowna szuka patelni” — odpowiedziałem spokojnym tonem. Wołodia wyskoczył z łóżka, złapał leżącą na stole patelnię i próbował wybiec na werandę, ale drzwi z rozmachem walnęły w niedźwiedzi zad, wypychając zwierza na zewnątrz. Wołodia błyskawicznie ocenił sytuację i zatrzasnął drzwi.

Słychać było, że niedźwiedź zszedł z werandy. Zaskrzypiały kroki na śniegu i po sekundzie zwierz patrzył na nas z zaspy przez okno. Nasze nosy dzieliła półmetrowa odległość i cienka szyba. Niebezpiecznie blisko, ale mieliśmy ochotę poprzyglądać się sobie. Nos niedźwiedzia pracował bez wytchnienia, wargi bezgłośnie się wzdymały. „Co takiego chce nam powiedzieć?” — pomyślałem. Wołodia jak gdyby przeczytał w moich myślach: „Wyzywa cię na pojedynek!”. Niedźwiedź, zrozumiawszy najwyraźniej, że na nic mu się nie zda wizyta u nas, nieśpiesznie pomaszerował w dół zbocza, w kierunku gejzerów…

Powyższe zdjęcie to moje pierwsze zwycięstwo w odbywającym się w Londynie konkursie Wildlife Photographer of the Year. Nagrodę przyznano mi w 2006 roku w kategorii „Urban and Garden Wildlife”. Mam nadzieję, że to nie pierwsza i ostatnia wygrana :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s