O kotach…

0001ps60

Trójkolorową Ryśkę dostaliśmy od przyjaciół z Kamczatki. Złożyło się tak, że ja wyjeżdżałem na pięć miesięcy na zimowanie do Rezerwatu Kronockiego, a moja żona z dziećmi — do Ameryki, do swoich rodziców. Nie było z kim zostawić Ryśki i w rezultacie kotka, zapakowana w kartonowe pudło, poleciała ze mną helikopterem do oddalonego o 150 km od Pietropawłowska rezerwatu. W drugim pudle znajdował się jej osobisty bagaż: zapasy kociego jedzenia na pół roku.

Nasz domek, a ściślej mówiąc letnia szopa z desek, zbudowany niegdyś przez znakomitego przyrodnika Witalija Nikołajenko, położony był na porośniętym brzozami Ermana morskim przylądku, który wnikał w głąb tundry. Nieopodal płynęła rzeka Tichaja, obfita w ryby, a kilometr dalej, za tundrą, szumiał Ocean Spokojny. W słoneczną pogodę można było podziwiać z przylądka ośnieżone szczyty czterech wulkanów: Kronockiej Sopki, Wulkanu Kraszeninnikowa oraz wulkanów Kichpinycz (ros. Кихпиныч) i Bolszoj Siemiaczik (ros. Большой Семячик). Ociepliłem chatkę wełną mineralną, położyłem boazerię, wymieniłem pokrycie dachowe, zamontowałem piecyk żeliwny, postawiłem komin — jednym słowem: przekształciłem chatkę  w luksusową chatę. Narąbałem drew, przerobiłem zgrzybiały most nad niezamarzającym potokiem. A przez ten czas kotka zdążyła wytrzebić wszystkie polniki i ryjówki mieszkające w piwnicy.

Ryśka miała zwyczaj budzenia mnie na godzinę przed wschodem słońca. Każdego pogodnego ranka jako pierwsi w Rosji witaliśmy wschód słońca nad oceanem. Paliłem w piecyku, zaparzałem kawę i przez pierwszy miesiąc smażyłem jajecznicę na słoninie; a później, kiedy skończyły się jajka, smażyłem racuchy. Zapach słoniny był jak narkotyk dla mieszkających w rezerwacie lisów, nieznających od kilkudziesięciu pokoleń zagrożenia ze strony człowieka. Każdego ranka przychodziły pod chatkę, żeby rozkoszować się smakowitym zapachem. Nawet walczyły o jak najbliższe miejsce przy okienku, ażeby nie tylko wąchać, ale i widzieć słoninkę!

0001qbgc

A tu Ryśka pokazała swój charakterek. Sama, rozpuszczona wszelkimi kocimi karmami, nie jadła ani słoniny, ani konserw, ani upolowanych przez siebie polników i ryjówek — każdą swoją zdobycz, co do ostatniego ogonka, z dumą przynosiła mi w ramach codziennego raportu. Ale żeby lisy wąchały słoninę gospodarza!!! Takiego zuchwalstwa i braku zasad nie mogła im darować!

Œîß êîøêà ûñüêà ðåâíîñòíî îõðàíßåò èçáóøêó îò ëèñ.0001sr2r0001t2rr

W promieniu pięćdziesięciu metrów od domku Ryśka niczym lwica rzucała się na lisy! Zdarzyło się, że przestraszoną Patrikijewnę zagnała na pochyłe drzewo. Próbowała atakować nawet przechodzące niedźwiedzie.

Zacząłem fotografować Ryśkę walczącą z lisami jako pamiątkę do albumu rodzinnego. Po powrocie z Nowego Świata moja żona wysłała jedno z takich zdjęć na odbywający się w Londynie prestiżowy konkurs „Wildlife Photographer of the Year”. Wygrana w tym konkursie to dla każdego fotografa dzikiej przyrody szczyt kariery. A moje zdjęcie zwyciężyło w kategorii „Urban and Garden Wildlife”…

0001kgfw

To moje drugie zwycięstwo w tej kategorii. Pierwsze było trzy lata temu — też miało to być zdjęcie do albumu rodzinnego! Ale o tym opowiem oddzielnie. Cóż za ironia: robię zdjęcia w jednym z najdzikszych miejsc planety, a zwyciężam w kategorii „dzika przyroda w mieście i ogrodzie”. Niemniej jednak: dziękuję ci, Ryśko! Szacun!

Teraz Ryśka mieszka z nami w Briańskim Lesie. I nadal codziennie budzi mnie na godzinę przed wschodem słońca, chociaż byłbym rad, gdyby zrobiła parę wyjątków. Jedynie lisów tutaj nie za wiele i do tego jakieś strachliwe…

Odbiegnę nieco od tematu. Fotografowie są na ogół słabymi sędziami swoich prac. Dla nas droższe są te, o których długo się marzyło, które wymagały większego wysiłku. Nigdy sam nie wybierałem zdjęć do konkursów, zawsze zajmowała się tym moja żona Laura. Przy czym z reguły zawsze bez powodzenia protestowałem przeciwko jej wyborowi, zawsze wydawał mi się dziwnym. Ale trzeba przyznać, że wybrane przez nią fotografie zawsze zajmowały pierwsze miejsca w jakichś kategoriach — żadnego pudła! Jednak na ostatni konkurs „Золотая черепаха” („Złoty Żółw”) sam wybierałem zdjęcia, gdyż żona była zbyt zajęta. Sześć z dwudziestu siedmiu fotografii znalazło się w finale, jedna została wyróżniona, ale żadnego pierwszego miejsca! I to wcale nie zmowa sędziów! Wysłałem na konkurs najdroższe mi zdjęcia: przy robieniu jednego odmroziłem sobie palec; żeby zrobić drugie, przesiedziałem cały dzień na rzecznej mierzei; żeby uwiecznić tulipana w Rezerwacie Rostowskim, porzuciłem Kamczatkę i przeleciałem niemal pół kuli ziemskiej. Ale sędziowie nie odmrażali sobie palców, nie musieli odpędzać się od niedźwiedzi, nie zimowali przez pięć miesięcy w luksusowej chacie, gdzie nocą zamarzała woda w czajniku! Sędziowie nie byli związani uczuciową pępowiną z moimi zdjęciami…

W Londynie, na ceremonii wręczenia nagród „Wildlife Photographer of the Year”, udało mi się spotkać z paroma sędziami. Okazało się, że wszyscy mają kota w domu!

Advertisements

3 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s