Lekcje kamczackiego

Kamczatka — daleka, kusząca kraina marzeń, przygód. Stała się moją drugą ojczyzną, ale w ciągu ostatnich trzech lat ani razu nie udało mi się jej odwiedzić. Na razie muszą mi wystarczyć marzenia i powracające barwne sny. Pracuję jednak nad tym, żeby te marzenia urzeczywistnić, rozpocząć kolejny duży projekt fotograficzny.

4 lutego wezmę udział w otwarciu wystawy „Kamczatka — twoja niesamowita przygoda”. Wydarzenie odbędzie się w Centrum Oceanografii i Biologii Morskiej „Moskwarium” o godz. 12. Tuż po ceremonii otwarcia opowiem o swoim kamczackim życiu pośród dzikiej przyrody, o swoich planach, odpowiem na pytania. Razem obejrzymy film przyrodniczy „Niedźwiedzie Kamczatki. Początek życia” (o godz. 14), a po pokazie będzie możliwość zadawania pytań. Dla tych, którzy przyniosą moje książki, będą autografy i dedykacje.

„Kamczatka — twoja niesamowita przygoda” to duży projekt przyrodniczo-edukacyjny, który potrwa miesiąc i który ma na celu ukazanie piękna Półwyspu Kamczackiego i Wysp Komandorskich. W ramach projektu swoją wiedzą o tych rejonach podzielą się naukowcy, blogerzy, wolontariusze parków i podróżnicy. Wstęp na wszystkie wydarzenia projektu jest bezpłatny. Wejście za okazaniem kodu QR.

Niedźwiedzia bezsenność

Istnieje przekonanie, że jeśli spotka się zimą niedźwiedzia, to musi to być śmiertelnie niebezpieczny szatun, czyli niedźwiedź, któremu nie udało się zapaść w sen zimowy. Ale na Kamczatce to nie tak. A raczej z reguły nie tak. Wiele tutejszych niedźwiedzi pozostaje aktywnych aż do początków stycznia, a wiąże się to z tym, że w zbiornikach słodkowodnych półwyspu trwa do tego czasu tarło łososi — nerek i kiżuczy. Misie mają zapewnioną obfitość pokarmu, przez co nie śpieszy się im do gawr. Łowią ryby w lodowatej wodzie, w pełni zadowolone z życia…

Fotografie zrobione zostały w Rezerwacie Kronockim i Zakazniku Południowokamczackim, gdzie miałem szczęście spędzić kilka zim.

Żegnaj, Sobol!

Pora rozstać się z Sobolem, który od ponad trzech lat służył mi jako ekspedycyjny dom na kołach. Zawiozłem go do Briańska i oddałem dealerowi GAZ, od którego i dostałem Sobola. Za kilka dni trafi on do swojego właściciela: fabryki GAZ w Niżnym Nowogrodzie. Dzięki Sobolowi wiele razy przemierzyłem Rosję od Morza Czarnego do Morza Białego. Gdzieśmy to razem nie byli! Archangielskie lasy i jeziora w Karelii, mokradła w Republice Komi, Kaukaz, Ural, Ałtaj. Dotarliśmy też do Gór Sajańskich, Chakasji i Tuwy na wschodzie.

Niby kupa żelastwa, ale smutno się zrobiło. Samochody wyprawowe mają coś takiego w sobie, że człowiek przywiązuje się do nich, niczym do członka rodziny albo zwierzęcia domowego. Jednym słowem: zbrataliśmy się…

W lasach obwodu leningradzkiego.
Kaukaz Zachodni, lasy jodłowe.
Kaukaski Rezerwat Biosfery.
Karelia, okolice jeziora Wodłoziero.
W Briańskim Lesie. Zima.
W Briańskim Lesie. Jesień.

Dziękuję fabryce GAZ za niebagatelną pomoc w realizacji moich projektów fotograficznych!

Teraz skupiam się całkowicie na budowie dużego kampera terenowego, którego bazę stanowić będzie Sadko Next. Mam nadzieję, że zdążę przed nadejściem wiosny!

Na Kamczatkę pojechałbym…

Trzecia część wywodów na temat kampera wyprawowego. Teraz będzie o części mieszkalnej, jako że właśnie ją projektuję. I strasznie się męczę z wyborem! Na przykład jaką płytę grzewczą wziąć: gazową czy na ropę? A może wystarczy elektryczny szybkowar albo mikrofalówka? Albo po prostu zwykła kuchenka turystyczna?

Na niedużej przestrzeni trzeba zmieścić mnóstwo różnych rzeczy. Chcę mieć dwa rodzaje napięć (12V i 220V), panele fotowoltaiczne, akumulator o pojemności co najmniej 400 amperogodzin, dwa grzejniki na różne rodzaje paliwa, zbiornik na czystą wodę, zbiornik na brudną wodę, zbiornik na gorącą wodę i ogrzewacz wody, prysznic, toaletę, lodówkę kompresorową z zamrażalnikiem, kuchnię z płytą grzewczą i zlewem, szafki na rupiecie, schowki na sprzęt, 3-4 miejsca do spania, dużą przestrzeń bagażową oddzieloną od części mieszkalnej. Gdzieś trzeba wcisnąć dodatkowy duży bak z paliwem i tylną wyciągarkę (przednia już jest). Na wszystko to przeznaczona jest platforma o wymiarach 220x350cm (=77000cm2). Niecałe osiem metrów kwadratowych!

Dziewięć dekad temu Priszwin miał znacznie prościej z domem na kołach. Nie wymyślono jeszcze wielu zbędnych rzeczy. Gotowało się na prymusie, ogrzewało się prymusem, prymus dawał też jakieś światło. A jak się gdzieś zakopałeś, to w ruch szła łopata, siekiera, dźwignia i jakaś mać…

Chcę się dostać jakoś na Kamczatkę, a tam żadne wyciągarki nie są potrzebne, dawnym sposobem z błota się wydostaniemy. Powyższe zdjęcie nie jest mojego autorstwa, przyjaciele z Kamczatki mi przysłali, udało im się gdzieś uwiecznić moją starą ciężarówkę wyprawową… Wybacz, Greenpeasie!

Który lepszy? Nowy, skrojony na miarę marzeń!

Priszwin, jak widać, wpłynął nawet na wybór marki pojazdu, którym będę podróżować. Przypomniało mi się, że swój pierwszy poważny środek transportu (jeśli nie liczyć roweru „Orlionok” :)) — upartego myszatego wałacha zakupionego w stadninie suziemskiego leschozu — nazwałem Gazikiem. Jeszcze zanim powstał Rezerwat „Briański Las”, skonstruowałem brezentowy furgon na furmance i niczym Cygan przez kilka dni podróżowałem razem z Gazikiem po błotnistych bezdrożach okolicznych lasów.

Pod koniec lat 90. pojawił się u mnie GAZ Sadko — najpierw z silnikiem benzynowym, a potem z silnikiem Diesla. Wersja z silnikiem Diesla służyła mi podczas czteroletniej ekspedycji fotograficznej na Kamczatkę i z powrotem, poświęconej setnej rocznicy istnienia rosyjskich obszarów chronionych. Ciężarówka pełniła wcześniej rolę mobilnego sklepu i pozbawiona była wszelkich wygód, ale pragnienie podróży było tak wielkie, że nie zwracałem zbytnio uwagi na niedogodności. Priszwin w chłodne dni ogrzewał swój domek kuchenkami służącymi do przygotowywania posiłków, ja też się grzałem przy kuchence gazowej. Kiedy było szczególnie mroźno, napełniałem wrzątkiem termofory i wkładałem je do śpiwora. Oczywiście w tym czasie istniał już cały przemysł wygód dla zmotoryzowanych podróżników: specjalne grzejniki dla kamperów, autonomiczne toalety i prysznice, specjalne kuchnie i mnóstwo tego typu cudeniek, ale ja wówczas nie byłem zdeprawowany takimi rzeczami, po prostu żyłem w świecie równoległym.

Ale pewnego dnia światy się przecięły. Najpierw natknąłem się na blog Aleksieja Klimowa poświęcony jego wyprawie Fordem pickupem z Moskwy nad Morze Ochockie, do Magadanu. Aleksiej nocował w specjalnym namiocie na dachu pickupa i zapewne wyciągnął z tego słuszne wnioski podczas tak długiej podróży. Po powrocie z wyprawy rozpoczął budowę prawdziwego ekspedycyjnego domu na kołach na bazie ciężarówki UAZ. I tak ciekawie o tym opowiadał, że wciągnąłem się w ten świat i zasubskrybowałem w sieciach społecznościowych kilka profili osób parających się tworzeniem od podstaw kamperów wyprawowych. Teraz wiem, że współczesny moduł mieszkalny takiegoż kampera pod względem wyposażenia i ceny nie ustępuje zbytnio modułowi mieszkalnemu stacji kosmicznej. :)

Moje nowe zainteresowanie zbiegło się z początkiem mojego projektu fotograficznego poświęconego pierwotnym lasom Rosji. Fabryka GAZ z Niżnego Nowogrodu przekazała mi na potrzeby tego projektu dostawczego Sobola (podziękowania dla WWF Rossija, szczególnie dla Nadieżdy Toporkowej za tę wspaniałą inicjatywę!). Na skrzyni Sobola zamontowałem moduł mieszkalny, który został zakupiony z pomocą fundacji „Krasiwyje diet w krasiwom mirie” — i przekonałem się, że podczas dalekich wypraw można jeździć i pracować komfortowo! Że można przejechać tysiąc kilometrów dziennie, że po pracy można wziąć gorący prysznic, że można spać w cieple, ustawiając w webasto odpowiednią temperaturę grzania, że w totalnej głuszy można mieć prąd dzięki panelom słonecznym zamontowanym na dachu. I na dodatek osadzony na ramie, czteronapędowy Sobol wykazał się niezłą — jak na tę klasę maszyn — dzielnością terenową, czasami nawet radził sobie lepiej niż UAZ dzięki fabrycznej blokadzie mechanizmu różnicowego.

Ale życie pokazało, że dla moich dalekich ekspedycji Sobol jest za mały: i pod względem gabarytów, i pod względem ładowności. Muszę wozić ze sobą silniki od łodzi, pontony, kanistry na paliwo, generator prądu, piłę łańcuchową, płyny techniczne. W module mieszkalnym jednotonowego Sobola wszystko to po prostu się nie mieści, resory wyginają się w drugą stronę i spać muszę przytulony do skrzyń z ekwipunkiem. W trakcie wyprawy Sobolem jestem w pełni niezależny zaledwie przez kilka tygodni. A ja potrzebuję miesięcy! Podjąłem więc prostą decyzję: wracam do modelu GAZ Sadko, który sprawdził się pod względem ładowności i dzielności terenowej podczas czteroletniej transrosyjskiej ekspedycji. Ciężarówka, którą dojechałem na Kamczatkę, wciąż jest w dobrym stanie technicznym i sprawdza się w najtrudniejszych warunkach w Rezerwacie „Briański Las”.

Ale nie tak dawno GAZ wypuścił nową wersję tej maszyny: Sadko Next. Początkowo trudno było ją kupić w Rosji, gdyż produkowana była tylko na potrzeby wojsk krajów regionu Pacyfiku. Pierwszy filmik poświęcony Sadko Next, jaki zobaczyłem, nakręcony został właśnie przez żołnierzy indonezyjskich. I maszyna ta podbiła moje serce! Kiedy zaczęła być produkowana z „normalnym” układem kierowniczym i pojawiła się na rynku rosyjskim, zwróciłem się do fabryki GAZ — nie bardzo wierząc w sukces — z prośbą o sprzedanie mi ciężarówki z pełnym wyposażeniem i maksymalnym rabatem. Jak widać, zadanie nie było takie proste: po długich miesiącach moja prośba została spełniona! I rabat wcale nie był symboliczny! Dziękuję, GAZ!

Teraz stoi mi na podwórzu brutalna ciężarówka, ozdobiona fabrycznie takimi gadżetami terenowymi, jak mocna wyciągarka i snorkel na dachu kabiny. Czołg na kołach! Ale to tylko ciężarówka, baza dla mobilnego domu. O samej części mieszkalnej zaś opowiem w następnej części…

Po co mi dom na kołach? Odpowiedź leży w moim dzieciństwie

Nasze największe marzenia mają źródło w dzieciństwie. Czasami o naszej przyszłości decydują książki czytane we wczesnej młodości. Tak właśnie było w moim w przypadku… Dobrze pamiętam, jak zjawiło się we mnie niedające po dziś dzień spokoju marzenie o podróżach na czterech kołach. Opowiem wam o tym.

Bianki, Paustowski, Priszwin, Pieskow, Thompson Seton, Grzimek, Durrel — książki tych pisarzy pokierowały moje życie w stronę dzikiej przyrody. Wciąż czytam je na nowo i w każdym wieku odkrywam w nich coś nowego…

O domu na kołach po raz pierwszy przeczytałem w „Nagiej wiośnie” Michaiła Priszwina w swoich latach szkolnych. Pierwsze opowiadanie z tego cyklu nosi tytuł właśnie „Dom na kołach”. Oto obszerny fragment tego utworu:

W zorganizowaniu domu na kołach pomogło mi pewne czasopismo, z którym zawarłem taką umowę: ja będę pisać o swoich podróżach, a czasopismo pomoże mi zorganizować dom na kołach. Wkrótce po podpisaniu umowy przysłano mi ciężarówkę GAZ, półtoratonową, i zacząłem obmyślać, jak urządzić w niej domek myśliwski i podróżować nią od wczesnej wiosny do późnej jesieni.

Po kilku naradach ze stolarzami i cieślami postanowiłem zbudować niewymyślny domek z podwójnej sklejki.

I majstrzy w krótkim czasie skonstruowali mi domek z zasuwanymi płytami w oknach: zasuwasz płyty — i w środku zapada całkowita ciemność, niezbędna mi do prac fotograficznych. Zaokrąglony dach domku pokryliśmy ceratą, a cały domek pomalowaliśmy na zielono, aby dobrze się maskować w lesie i nie płoszyć zwierząt.

Kiedy farba całkowicie wyschła, załadowaliśmy domek na ciężarówkę i solidnie przymocowali za pomocą metalowych klamer do skrzyni maszyny. Dom na kołach był gotowy… Ale tylko oknami i dachem przypominał dom, cała reszta to był pojazd składający się z dwóch części: przedniej, z silnikiem, i ogromnej części ładunkowej. A jeszcze bardziej niż pojazd przypominał mój dom na kołach jakiegoś długiego, podzielonego na człony zielonego owada.

Z prowadzeniem maszyny byłem dobrze zaznajomiony i nie był mi potrzebny szofer. Zapakowaliśmy strzelby, gumowe łódki, zapasy, wzięliśmy psy i udaliśmy się do krainy dziadka Mazaja. Kraina ta, opisana przez Niekrasowa w utworze „Dziadek Mazaj i zające”, leży nieopodal Kostromy, a przepływa przez nią nasza Wołga. Wkrótce w owej krainie zjawi się przedsiębiorstwo „Wielka Wołga” i wszystko się zmieni, a cała kraina zniknie pod wodą. Ale wtedy, gdy tam przyjechałem, wszystko było kropka w kropkę jak za czasów Niekrasowa.

Wczesną wiosną podczas przyboru wód Wołga przybiera do tego stopnia, że nie jest w stanie przyjąć wód swoich dopływów. I występuje z brzegów. Wtedy wszystkie rzeki wpadające do Wołgi zawracają swoje wody i płyną w odwrotną stronę. I cała nizinna kraina pokrywa się wodą, upodobniając się do morza.

Kiedy nadchodzi woda, to oczywiście najpierw zalewa miejsca najniżej położone, i ziemia wówczas zaczyna przypominać ciało pokryte mnóstwem oczek i żyłek. A potem, gdy wody jest już dużo, wszystko zamienia się w morze z niezliczonymi wysepkami. Ale i one powoli znikają i tylko najwyżej położone miejsca pozostają wyspami przez cały okres wylewu Wołgi. I to na te właśnie wyspy, pokryte lasem, ze wszystkich stron ciągną zwierzęta: łosie, niedźwiedzie, wilki, lisy, różne myszki, robaczki, wszelkie zajączki, gronostajki… Jest wtedy na co popatrzeć.

Przyjechaliśmy tutaj, kiedy jeszcze trzymał mróz, i w oczekiwaniu wiosny postawiliśmy swój dom na kołach na najwyżej położonym miejscu.

Tutaj rozbiliśmy obóz.

Kiedy było zimno, ogrzewaliśmy wnętrze domku dwiema kuchenkami na naftę. I spaliśmy w cieple. Kiedy mrozy się skończyły i woda wylała, w domku można było spać i bez kuchenki. A kiedy drzewa puściły liście, napompowaliśmy nasze dwie łódki, postawili nad nimi namiot i spali w nich, jak w najmiększych i najwygodniejszych łóżkach. A kiedy zrobiło się zupełnie ciepło, z całą swoją krwiopijczą mocą zaatakowały nas komary. Wtedy przenieśliśmy się z powrotem do domku. Jesienią, kiedy komary zaczęły znikać, wróciliśmy do namiotu i mieszkali tam do zimy.

Każdego dnia notowałem swoje obserwacje przyrodnicze. Może niektóre karty mojego dziennika was zainteresują.

Dobrze pamiętam, jakiego bzika miałem na punkcie tego typu podróży, kiedy chodziłem do szkoły i na studia. Miałem cały zestaw idei zaczerpniętych od Priszwina, a później od Johna Steinbecka, z jego „Podróży z Charleyem”. Idei, które realizuję po dziś dzień. Na przykład przemieszczać się bez pośpiechu, ze średnią prędkością czterdzieści kilometrów na dzień, z najzimniejszego miejsca europejskiej części Rosji (Ural Polarny) do najcieplejszego (Kaukaz Zachodni), przez trzy miesiące przebywając nieustannie w epicentrum złotej jesieni (zaliczone). Albo daleka transrosyjska wyprawa z Briańskiego Lasu na Kamczatkę i z powrotem (też zaliczone).

Ciąg dalszy nastąpi…

Michaił Korostielow — fotograf podwodny

Słynnego fotografa podwodnego Michaiła Korostielowa poznałem na Kamczatce, nad Jeziorem Kurylskim. My, lądowi, fotografowaliśmy niedźwiedzie nad wodą, a Misza — pod wodą. Zdjęcia jego niedźwiedzi-ichtiandrów są niezwykłe. Ale największej sławy przysporzyły mu walenie, a ściślej mówiąc: znakomite fotografie tych największych zwierząt naszej planety. Dzisiaj, 23 lipca, obchodzimy Światowy Dzień Wielorybów i Delfinów i z tej okazji przygotowaliśmy z Miszą zestaw zdjęć dla mediów społecznościowych ministerialnego ośrodka Roszapowiedcentr:

https://vk.com/public189019488?z=photo-189019488_457239118/wall-189019488_34